OFF WE GO. Prywatny line-up

Jest szansa, jest życie. OFF za 5 dni. Plan, żeby doczołgać się do 5 sierpnia, czas: start! A tymczasem ściągawka, żebym pamiętała, na co chciałam  k o n i e c z n i e  iść.

PIĄTEK (5.08)

Komety grają Partię

Kto jeszcze pamięta ten uroczy refren: „Stoję na balkonie, palę papierosa, Warszawa i jaaaaa”? Kiedy to było, 15 lat temu? Dawniej? To było dodawane do jakiejś „Lampy” albo „Machiny”? Nie pamietam, ale idę się powzruszać i poczuć nie-tak-staro-wśród-takich-jak-ja.

Willis Earl Beal

„Jeśli czujesz się jak na śmieci wór, bo codzienny znój daje w kość; nie zostawaj sam, nie słuchaj płyt, smutnych pieśni czarnych nut” śpiewa F.I.S.Z. Ale powiem Wam, że na OFF-ie zamierzam robić dokładnie odwrotnie.

Minor Victories

Rachel Goswell ze Slowdive + gitarzyści Editors i Mogwai? Brzmi jak przepis na idealną melancholię w sam raz na środek upalnego lata.

Sleaford Mods

Odkąd usłyszałam akcent wokalisty, już nie muszę czytać żadnych opisów, żeby wiedzieć, że to pozycja obowiązkowa. So British 😉

Brodka

Zdolna dziewczyna. A ta nowa płyta jest świetna. Nie widziałam Brodki na żywo od jakiegoś koszmarnego koncertu na festiwalu poezji śpiewanej pod Zamościem (była chyba wtedy tuż po „Idolu” i zupełnie nie miała swojego repertuaru), w Kato będzie szansa na odczarowanie. No i mam nadzieję, że zagrają „Varsovie” 🙂

Devendra Banhart

Bo po ostatniej płycie „Mala” (którą bardzo lubię) i jednym z fajniejszych koncertów na pamiętnym Open’erze 2013, we wrześniu ma wyjść nowy krążek, więc koncert na OFF-ie będzie pewnie jedną z pierwszych okazji, żeby go posłuchać. Jak Devendra sprawdzi się jako headliner pierwszego dnia festiwalu na scenie głównej tuż po północy?

SOBOTA (6.08)

Jaga Jazzist

Żeby nie było, że kręcą mnie tylko sentymenty, gitary i meelancholijni songwriterzy.

The Kills

Chociaż wolałabym zobaczyć Alison Mosshart z Jackiem White’em i The Dead Weather, ale jak się nie ma, co się lubi, to…

https://www.youtube.com/watch?v=lXB5VrDDDxo

NIEDZIELA (7.08)

Lotto

Jest coś wciągającego w tej muzie. Warto sprawdzić.

Thundercat

Może w końcu dowiem się, o co chodzi w tym fenomenie.

Mudhoney

Wszystko tu jest legendarne i kultowe, od wytwórni Sub Pop, przez Seattle, po grunge. W związku z tym trzeba.

William Basinski

Ambient i hołd dla Davida Bowiego? Idę!

Anohni

Bardzo się boję tego koncertu, bo z założenia mam duży dystans do wszystkich form sztuki zaangażowanej, a taki niewątpliwie jest album Hopelessness. Ale to w końcu cały czas Anthony! O ile nie przesadzi z patosem na koncercie, może być dobrze. Hope so.

https://www.youtube.com/watch?v=Fi0q0O4V5Qs

Syny

Poziom abstrakcji jest wysoki. A wokal jakoś podobny do Wojtka Bąkowskiego z Niwei. Jeśli po trzech dniach festiwalu ok. drugiej w nocy będę jeszcze żywa, z ciekawości zajrzę na eksperymentalną.

W środku jestem z pluszu

W zeszym tygodniu przyszły cztery płyty, z których jedna jest smutniejsza od drugiej i w zasadzie z nich wszystkich najbardziej lubię te, których nie zamówiłam. Destroyer jest nie do wytrzymania manieryczny (jak mogłam się nim kiedyś tak zachwycać?!) i może nawet kilka kawałków na tej płycie byłoby ładnych, gdyby nie jego wokal, który wszystko psuje. Low nagrywa ciagle tę samą piosenkę, ale bywało, że udawało im się to lepiej. Beirut miał podobno nagrać optymistyczną płytę, a nagrał… to, co zawsze. Ale jak kogoś to nie męczy, daje się słuchać. Beach House jest najładniejsza w tym zestawieniu (i najmilsza w dotyku, bo pluszowa), ale zbyt smutna, żebym mogła jej teraz słuchać. Zastanawiam się, czy jednak nie kupić sobie jakiegoś reggae. Może w końcu odkryję swoją prawdziwą naturę i okaże się, że jestem pogodna?

Tu miał być passus o uciekaniu od życia i pomarańczowym pluszowym kangurze, którego mam w środku, ale chyba sobie daruję i poczytam trochę o samorozwoju. W ramach ćwiczeń charakteru postanowiłam pisać tu częściej. Strzeżcie się!

Jak przetrwać upał w mieście?

1. Wyjść z koncertu Deana Blunta na OFF-ie, a potem żałować, żałować, żałować.

2. Pływać przez dwie godziny w basenie z zimną wodą i dostać zapalenia ucha.

3. Chodzić w białych conversach i t-shircie z napisem „Sub Pop”.

4. Obejrzeć osiem złych filmów na Nowych Horyzontach, a potem najsmutniejszy – „Amy”.

5. Wybierać akurat te seanse, na których nie działa klimatyzacja, a siedzący obok ciebie ludzie mają nieprzezwyciężalną potrzebę prowadzenia dyskusji z reżyserem i bohaterami podczas filmu.

6. Pokłócić się o sens występu Patti Smith na OFF-ie i w ramach kontestacji spędzić jego większą część w opustoszałej strefie gastronomicznej, a osobom stojącym przed tobą w kolejce po naleśnika mówić: „Hej, tam właśnie gra Patti Smith. Nie chcecie zobaczyć?”.

7. Żywić się mrożoną kawą i sokiem pomarańczowym.

8. W odpowiedzi na pytanie „Co to jest taszka na maszkety?”, usłyszeć: „Taszka na bombony”.

9. Pójść na Rynek, żeby przekonać się, że jest we władaniu turystów, i uciec.

10. Słuchać:

Czytam Prousta w oryginale, bo angielskie tłumaczenie jest takie pretensjonalne

To jest – jak zwykle mocno spóźniona – relacja z Offa, na którym jak zwykle nie poznajemy nikogo i jak zwykle mamy szereg wrażeń, także pozamuzycznych. Jest to Off, na którym ostatecznie upada mit o domniemanej inteligencji Krzyśka Vargi. A także ten o mojej dawnej wizycie w chorzowskim wesołym miasteczku. Nie wiem, czy to zrozumiecie, ale dla kogoś mieszkającego na Śląsku wyprawa do Chorzowa, diabelski młyn, gabinet luster i kolejka linowa były czymś na kształt rytuału przejścia. W podstawówce nieustannie słuchałam historii o tym, jak to ktoś pojechał z rodzicami do Chorzowa, co tam widział, na której karuzeli wymiotował itp. Słuchałam tych opowieści tak długo, aż sama uwierzyłam, że odwiedziny w Chorzowie mam za sobą, i zaczęłam opowiadać własną wersję wydarzeń. Więc teraz, kiedy po tylu latach w końcu tam pojechałam, miałam dziwne wrażenie nieprzystawalności obrazu rzeczywistego do tego z moich własnych (!) wspomnień. Po czym z bólem uświadomiłam sobie, że to nie są moje wspomnienia. Więcej – to prawdopodobnie nie są nawet wspomnienia mojego brata ani mojej koleżanki z ławki. Podejrzewam, że autorem wizji, którą tak pieczołowicie pielęgnowałam w swojej pamięci, jest jakiś daleki kolega mojego kuzyna z osiedla albo wręcz ktoś z Piastów. Swoją drogą, ten PRL-owski Disneyland sprawia dzisiaj dosyć przygnębiające wrażenie – jakby czas się zatrzymał, a myśmy wrócili do naszego przaśnego dzieciństwa z końca lat 80. Miałam wrażenie, że zaraz ktoś mi każe założyć ten obrzydliwy granatowy mundurek z podszewki, przyczepi agrafką tarczę na ramieniu, ustawi w parze z koleżanką, której nie znoszę, i zmusi do poruszania się żółwim truchtem prawą stroną chodnika. Brrr.

A muzycznie? Moim koncertowym numerem jeden został Slowdive, a ten wybór potwierdziły dwa ostatnie tygodnie – otóż da się ich słuchać nawet na rozgrzanej słońcem plaży (swoją drogą, może to nieco psychopatyczne, ale uwielbiam na wakacjach słuchać depresyjnej muzyki – ten kontrast beztroski, słońca, ciepłego morza i melancholijnych kawałków jakoś dziwnie współgra z moją niejednoznaczną naturą). Belle & Sebastian jako headlinerzy ostatniego dnia i chyba całego festiwalu kompletnie mnie nie kupili (mimo nadzwyczaj rozbudowanej konferansjerki) i wybrałam grających w tym samym czasie 65daysofstatic, bo byli po prostu ciekawsi, a poza tym – jak się okazało – pochodzą z Sheffield, co zobowiązuje. Jeśli ktoś na tegorocznych Nowych Horyzontach widział „Pulp: film o życiu, śmierci i supermarketach”, już wie, o co mi chodzi. Przy okazji polecam, filmy o muzyce są najlepsze.

Poza tym na tym Offie miał miejsce absolutnie bezpretensjonalny i uroczy koncert Artura Rojka, podczas którego uśmiech nie schodził mi z twarzy, a kiedy do „Beksy” na scenę wyszły chóry dzieci i seniorów, to aż się wzruszyłam. Ręka do góry, kto nie łapał konfetti na „Syrenach”.

Zaskoczyło mnie natomiast niesamowicie gorące przyjęcie Mistera D., czyli Doroty Masłowskiej prezentującej swoją płytę „Społeczeństwo jest niemiłe” (moim zdaniem w tej płycie najlepszy jest tytuł). Okrzyki, gwizdy, namiot wypełniony do ostatniego miejsca i tłum śpiewający wszystkie piosenki razem z nią – chyba przegapiłam moment, kiedy ta czytająca drżącym głosikiem swoje teksty dziewczyna zmieniła się w charyzmatyczną artystkę o profilu muzycznym. Ale złośliwości na bok – Dorota, daj numer do swojego terapeuty!

A co do Vargi – nad upadkiem Offowej Kawiarni Literackiej pod jego rządami ubolewałam już w zeszłym roku. Tym razem było chyba jeszcze gorzej – na spotkaniu z Jackiem Podsiadłą byłam tak zażenowana, że nie wiedziałam, co zrobić ze wzrokiem. Varga z radosną lekkością wydawał sądy na temat najnowszej polskiej poezji, przy okazji przyznając, że jej w ogóle nie czyta, bo nie warto i woli „Fausta”. Po prostu czułam, jak ulatują ze mnie resztki sympatii i nie było to miłe.

Tyle. Na relację z wakacji zapraszam za jakieś dwa miesiące.

* Tytuł postu to fragment zasłyszanej na Offie rozmowy, którą można by streścić mniej więcej tak: „Jak być bardziej hipsterskim od Alexa Turnera?”. I nie pytajcie mnie, dlaczego akurat Alexa Turnera. Chyba nie dlatego, że też jest z Sheffield? Oczywiście sama nie miałam odwagi zapytać, bo jestem radykalnie pozbawiona elementarnej umiejętności prowadzenia small talków z nieznajomymi (a i ze znajomymi bywa ciężko).

Nie rozmawiam z nikim, z nikim się nie dzielę

Po tygodniu słuchania w kółko i dwóch upiornych, świątecznych dniach niesłuchania, podczas których dotarło do mnie, że piosenki ze Składam się z ciągłych powtórzeń uparcie za mną chodzą, mogę z pełną powagą stwierdzić, że jestem wielką fanką solowej płyty Artura Rojka. Nie chciałam nią być. W zasadzie kupiłam ten krążek z męczącego obowiązku ogarniania tzw. bieżączki – „Bo w końcu to przecież Artur…”. Na początku zresztą trochę cierpiałam, słuchając tekstów, bo to jest ten rodzaj otwartości na granicy kiczu, który mocno przeszkadzał mi już na Korova Milky Bar, ale potem przypomniałam sobie, że znam takie słowo, jak „kamp” i mogę je tu z powodzeniem zastosować. A poza tym – te piosenki są takie fajne! Melodyjne, pomysłowe, chwilami oniryczne, mają jakiś senny urok. Skojarzenia z Uwaga jedzie tramwaj Lenny Valentino i Miłością w czasach popkultury (niezapomniane Dla ciebie) słuchaną w pierwszej klasie liceum po lekcjach jak najbardziej na miejscu. Dziecięce chórki, sweet 80’s, duch Sufjana Stevensa – i Rojek staje się synonimem rodzimego songwritera. No i pierwszy singiel, czyli Beksa, w kapitalny sposób ilustrujący tezę „Przejebane być wrażliwym” (widziałam ostatnio taki profil na Facebooku). Kiedy syn – jak u Waglewskich – „zamiast bić się i kopać – mówi do traw”.

Najbardziej lubię Syreny (na razie) i typuję je na kolejny singiel. Mam nadzieję, że będzie hit. W ogóle moim zdaniem płyta jest bardzo przebojowa, bardziej, niż mogłoby się wydawać po pierwszym lub pierwszych przesłuchaniach. I naprawdę nie wiem, jak Bartek Chaciński może porównywać wrażliwość Rojka do wrażliwości Marii Peszek, ale jeśli – jak wynika z tej recenzji – lubi ich oboje, to „chyba musi ich lubić osobno” (Dorota Masłowska w rozmowie z Jackiem Żakowskim w „Polityce”, kiedy ten wyznał, że tak samo lubi i ją, i Marię Awarię. Przy okazji – czy Żakowski zawsze był tak nieogarnięty?!).

Ale najważniejsze jest chyba w tej chwili dla mnie to, że – nawet jeśli solowy album Rojka trudno nazwać odkrywczym, i nawet jeśli jest (a jest) dosyć prawdopodobne, że niebawem to, co tu napisałam, poddam nieuchronnej racjonalizacji (bo dziwnym trafem nie wymagam opieki ze strony mężczyzn, jestem raczej stabilna emocjonalnie i nie mam problemów z analitycznym myśleniem – znam za to co najmniej kilku mężczyzn, którzy nie są w stanie klarownie powiedzieć, o co im chodzi – tak, piję do komentarzy pod tym tekstem)  i wycofam się z większości dzisiejszych sądów – ważne, że taka płyta powstała. Fajnie, że robienie OFF-a Rojkowi nie wystarcza. Też chciałabym zrobić coś twórczego. Bez tego irytującego uczucia, że nie warto nawet zaczynać, bo wszystko, co sobie wymyśliłam, już ktoś wcześniej zrobił. Lepiej.

Ścianka no 1

Po latach życia w przekonaniu, że absolutnie najwybitniejszą płytą Ścianki jest Statek kosmiczny, przechodzę na stronę Białych wakacji. Chodzę z nimi na słuchawkach po zimowo-wiosennym mieście i zastanawiam się, co jest ze mną nie tak, że jestem w stanie pracować w biurze po osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu. I oczywiście nadal jestem zdania, że Ścianka to najlepszy polski zespół ever.

Przy okazji, czytam teraz autobiografię Tymona i znalazłam tam jego relację ze współpracy ze Ścianką z czasów nagrywania Statku:

„Ściankowcy dostali od nas sześć i pół tysiąca na studio, ale zamiast wydać kasę na wynajęcie studia, kupili w Berlinie szesnastostośladowy magnetofon i coś tam jeszcze. Przez chwilę nawet uczestniczyłem w tej sesji, ale Maciek Cieślak powiedział mi, że gram jak Ścierański [LOL], a on potrzebuje punkowego basu. Dokładnie wiedział, czego chce, i opierdalał wszystkich równo, jak leci. Jego sprawa. Płytę zrobił bardzo ciekawie. Pobrzmiewają na niej echa eksperymentów z pierwszej płyty Pink Floydów, słychać też Nirvanę i Sonic Youth. Maciek zawsze był potwornym egolem i sztywniakiem. Trudno mu jednak odmówić kompozytorskiego i produkcyjnego talentu. Kiedy go poznałem w SPATiF-ie, powiedziałem do niego: Cześć, słyszałem, że masz fajną kapelę Sufit. Długo mi to pamiętał. Ścianka to była idea, którą chciał się odgrodzić od świata”.

Pamiętam, że kiedy dzięki nieocenionemu „Brum” zamówiłam sobie (w jakimś sklepie? wytwórni?) P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a Kur, Statek kosmiczny i coś jeszcze (co to mogło być? w 1999?), dostałam w bonusie Ogród koncentracyjny Świetlików. Tak. Robię się sentymentalna i to jest chujowe.

Ponieważ w tym samym czasie przechodziłam okres chmurnego emo, a na ścianie w pokoju miałam wykonany z tektury i szarej taśmy napis „No future”, płyta Cieślaka i Lachowicza (zawsze wolałam Lachowicza) okazała się jedną z pogodniejszych rzeczy w moim życiu. I do tej pory ta pokręcona muzyka, melancholijne melodie i trochę dziwne teksty dobrze mi się kojarzą. A niedawno odkryłam mocno jazzową Secret Sister, minialbum wydany w 2007 r. już bez Lachowicza, pod szyldem Ścianka Quintet. Na okładce można przeczytać, że to cudownie odnaleziona ścieżka dźwiękowa do amerykańskiego filmu z 1964 r. Mroczny ślad przeszłości, a poza tym, że: „Błyskotliwe interpolacje partii solowych Tomasza Ziętka (tr) i Ireneusza Wojtczaka (ts, fl), frenetyczny groove Arkadiusza ‘Disappearer’ Kowalczyka (dr), hipnotyczna gra Michała Bieli (b) i zniewalające tematy Macieja Cieślaka (g) to bezcenne pamiątki po dziś już nieżyjących muzykach, geniuszach polskiego, ale i światowego jazzu, zmarłych tragicznie w pamiętnym wypadku autokarowym pod Rzeszowem”. Podobno wydano tylko 500 egzemplarzy, choć gdy niedawno zamówiłam ją przez Internet, znienacka dostałam aż dwie sztuki, więc może to tylko miejska legenda.

Na urban myth wygląda też informacja, że podczas trasy do Pana Planety w 2006 r. supportem Ścianki był zespół Małgosi Halber Wyjebani w Dobrej Wierze, chociaż – po zastanowieniu – chyba jestem w stanie w to uwierzyć. Prędzej niż w to, że kiedyś Białe wakacje leciały w Trójce, a Iris Sleeps Under the Snow była nawet notowana na Liście przebojów u Niedźwieckiego.

OK, złapałam się właśnie na tym, że oglądam na YouTubie stare wywiady z Cieślakiem, więc kończę. Ludzie, słuchajcie Ścianki i otaczajcie ją kultem. Warto.

Ambient, development i élan vital

W długiej i obfitującej w malownicze zwroty akcji historii mojego stosunku do Świetlickiego, jego wierszy i muzyki Świetlików, jestem już na etapie, kiedy na pytanie: „Czy lubisz Świetlickiego?” bez namysłu odpowiadam: „Wolę Dyducha”. Swoją drogą, wyobrażam sobie, że takie pytanie mógłby zadać jedynie jakiś pełen zapału, najpewniej kilkunastoletni, neofita, dowiedziawszy się o istnieniu Świetlików od kolegów, którzy podobnie jak on uważają, że Strachy na Lachy to punk rock.

Ale do rzeczy. Pierwsze wrażenie po przesłuchaniu wszystkich trzech części najnowszego wydawnictwa zespołu, czyli Sromoty, było dosyć mroczne. Powolne, gęste melodie, manieryczne mamrotanie Świetlickiego i ogólna schyłkowość działały mi na nerwy do tego stopnia, że zaczęłam żałować, że kapitalne Las putas… nie pozostały jednak ostatnią płytą w dorobku Świetlików. Najbardziej spodobała mi się trzecia z płyt, bonusowa Posłuchaj starego zbożowego elewatora, na której zmieściły się różne żarty i autoironiczne komentarze. Sromotę A i B trawi się natomiast dosyć trudno. Jest to też proces powolny i niebezbolesny. Ale muszę przyznać, że stopniowo, z każdym kolejnym przesłuchaniem, płyty zyskują i – jakkolwiek na początku nie do zniesienia był dla mnie obecny na nich duszny klimacik dekadenckiego Krakowa i miałam wrażenie, że artyści nagrywali to dzieło wprost w Jamie Michalika albo nawet w dworku w Bronowicach – to jednak po czasie stwierdzam, że Dyduch ma rację* i oprócz fin de siècle’u, jest tu też sporo élan vital.

Recenzenci mianowali Świetlickiego polskim Nickiem Cave’em, ale moim zdaniem to fałszywy trop. Jacek Świąder napisał: „Marcina Świetlickiego odbieram jako polską odmianę Nicka Cave’a. Tego już mniej ostrego, a bardziej lirycznego, z lat 90. i późniejszych. To właśnie gra Świetlików naprowadza na ten trop.  A sam Świetlicki jest dla mnie wokalistą, a nie poetą. Jego głosu nie da się oddzielić od tekstów. Zawsze gdy czytam wiersz Świetlickiego w druku, słyszę jego głos”. Świetlicki nie jest żadnym Cave’em, tylko sobą – starym, zużytym poetą (zawsze był przede wszystkim poetą, a dopiero potem wokalistą), a z Australijczykiem łączy go według mnie jedynie upodobanie do czarnych ubrań. I – oczywiście – bywa liryczny, ale jest też coraz bardziej manieryczny, zwłaszcza w sposobie interpretacji własnych tekstów na płycie.

Nie zrozumcie mnie źle – jestem wrażliwą, rozumiejącą słuchaczką. I wcale nie twierdzę, że teksty na płycie są złe. Po prostu doszłam chyba do momentu, w którym – w przeciwieństwie do Świądra – wolę je w druku niż w wykonaniu autora. Sytuacji nie ratuje nawet pojawiający się w niektórych utworach Bogusław Linda – od kiedy bowiem zobaczyłam go w reklamie Geriavit Pharmaton, jakoś mniej go lubię. Wydaje mi się też, że wypuszczenie naraz aż trzech długogrających krążków było aktem odwagi, jeżeli nie brawury, ponieważ materiału jest tak dużo, że nawet dobrze wytresowany, długoletni słuchacz Świetlików może mieć problem z jego przyswojeniem.

W wywiadach towarzyszących wydaniu ostatniego tomiku, Jeden (z niego pochodzą teksty do większości numerów na Sromocie), Świetlicki z nieskrywaną satysfakcją zapewniał, że wie, co napiszą krytycy (choć chyba faktycznie wcale tego nie napisali, bo odbiór tomiku był raczej pozytywny): „mniej więcej, że to minoderyjne i wsobne”. Powiedzmy więc, że ja trochę się wpisuję w tę antycypację. Ale tylko trochę, bo jest tam sporo wierszy, które mi się podobają, a jeden szczególnie.

Wypada się więc cieszyć, że poza instytucją literacką, jaką stał się już dawno Świetlicki, w naszym ulubionym kultowym zespole o profilu muzycznym jest jeszcze Dyduch.

* W jednym z wywiadów, zapytany o najnowszą płytę, Grzegorz Dyduch powiedział: „[…] intuicja podpowiada nam, że jest grupa słuchaczy, dla których w muzyce liczy się ambient, development i élan vital. I dla nich jest ta płyta. A że jakiś oligofreniczny modniś będzie nas miał za żywą skamielinę? Jego sprawa”. Całość rozmowy do przeczytania tutaj

 

Wyznania miłości i wiary. Fisz

„Kolega mi radzi, bym robił jogging/ i tobą gardził, bo zadajesz mi ból”. No, proszę państwa – czy to nie jest genialne zdanie? Uprzedzę pytania: tak, moja fascynacja Bartkiem Waglewskim jest poziom wyżej. Po Kim Nowak słucham sobie teraz na przemian Tworzywa Sztucznego, Fisza, Fisza z Emade i innych hidden tracków i występów gościnnych. Późno, ale za to intensywnie. W pierwszym odruchu pomyślałam, że Fisz robi taki hip-hop, którego mogę słuchać bez obaw, ale dosyć szybko stwierdziłam, że to przedwczesna diagnoza. To w ogóle nie jest hip-hop, a jeśli nawet, to nie dla ortodoksów gatunku.

Bo ogólnie czuję to tak, że – mimo że bardzo chcę i jak wracam ze studiów do domu, to czasem naprawdę muszę sobie hip-hopu posłuchać – to jednak tak na poważnie nigdy nie dam rady. W grę wchodzi co najwyżej O.S.T.R. albo Paktofonika, ale już Fokus w niektórych momentach (chociaż uwielbiam jego Powierzchnie tnące) albo Abradab wyznający, że „lubi fajne dupcie, ale bez lateksu”, są poza konkurencją. Sorry. Dziękujemy panom, niestety nie biorą panowie udziału w zawodach. Próbowałam, ale nie mogę tego przełknąć. Szowinizm wpisany w większość tekstów jest na dodatek opakowany w sposób, który mnie zwykle załamuje, bo naprawdę nie wiadomo, co z tym zrobić dalej: śmiać się? obrażać? nie reagować? Oczywiście, możecie powiedzieć, że się nie znam, generalizuję i pozuję, ale i tak prędzej czy później traficie na jakieś „pieprzenie szmat”, którego chcąc nie chcąc będziecie musieli bronić, najpewniej posługując się argumentem rodem z Masłowskiej pt. „ciotę masz, to robisz miny, fochy i feministyczne słuchanie hip-hopu”.

A wracając do Wagli, bardzo mnie rozbawiło, jak w jednym z wywiadów Fisz poskarżył się, że na początku ich kariery jakiś dziennikarz napisał, że są synami Janerki. Ciekawe kto? Mam oczywiście swój typ – ale w końcu od redaktora pisma „Bravo” trudno oczekiwać zbyt wiele. W sumie spoko, mi też się zawsze Waglewski z Janerką mylili. Ale – przy całym szacunku dla dwóch ostatnich – Bartek jest najlepszym tekściarzem z nich wszystkich. Jak się nad tym zastanawiam, to najbardziej podobają mi się u niego dwie rzeczy: po pierwsze to, że był w stanie określić się wobec ojca i znaleźć własną drogę, a po drugie – autoironia, którą najlepiej widać na płytach Kim Nowak. Bo nawet jeśli młodzi Waglewscy rżną melodie z Sonic Youth, to… kurwa, przynajmniej wiedzą, z kogo zżynać (chodzi mi tutaj o to, co pisali krytycy w zeszłym roku, po tym, jak wyszedł Wilk, czyli druga płyta Kim Nowak – mianowicie, że absolutnie najbardziej uzależniająca piosenka na tej płycie, czyli Mokry pies, to, delikatnie mówiąc, „przeróbka” Incinerate Sonic Youth). Rzeczywiście, melodia jest bardzo podobna. Jednak prawda – jak by to powiedział Adam Michnik – jest inna. Waglewscy biorą garściami skąd się da, ale na tym chyba polega ta zabawa? Zwłaszcza, że robią to inteligentnie. Kim Nowak to rzeczywiście bardzo proste, surowe granie, nic odkrywczego, mnóstwo tu muzycznych cytatów, a Bartek śpiewa niemal jak ojciec. Ale z drugiej strony – zajebiście jest mieć takie polskie White Stripes! A jak grali w kwietniu w Imparcie, okazało się do tego, że Fisz jest całkiem charyzmatyczny na scenie (gdyby tylko Wojciech Bonowicz nie robił za konferansjera…).

No dobrze, jest jeszcze jedna fajna rzecz w kawałkach Fisza – wiele z nich jest po prostu bardzo lirycznych. Prym wiodą tutaj płyty Tworzywa z Deszczem w butach i wszystkimi innymi piosenkami o rozstaniu. „Takie porno dla egzaltowanych dam”, żeby zacytować dzisiejszego bohatera.

Bartek, jesteś mistrzu.