Opowieść wigilijna

Nie adaptuję się łatwo do nowych miejsc, ludzi, sytuacji. Każda zmiana, nawet jeśli dotyczy sklepu, w którym kupuję bułki, okupiona jest stresem; wymaga czasu, oswojenia się i co najmniej kilku prób przełamania mojego dystansu, przy czym inicjatywa musi wyjść od drugiej strony. Nie może nastąpić zbyt wcześnie (ucieknę) ani zbyt późno (nie wytrwam); być zbyt nachalna (wystraszę się) ani zbyt oschła (nie zauważę). Na taką relację pracuje się miesiącami: znaczenie ma każde spojrzenie, półuśmiech, ton głosu, pytanie o pogodę, zrozumienie dla braku gotówki.

Zauważyłam, że z wiekiem cały proces postępuje szybciej i sprawniej, nadal nie wiem jednak, co później zrobić z tak rychło nawiązaną relacją, w której nie jestem wrażliwą słuchaczką Radiohead, fanką polskiej poezji współczesnej z literackimi (i nie tylko) ambicjami, ani nawet zdolną copywriterką pracującą na zlecenie agencji z WARSZAWY – tylko dziewczyną (z daleka trudno określić dokładny wiek) z ciemnymi włosami i w okularach, która przychodzi codziennie rano między ósmą a dziewiątą, i nie jest bardzo umalowana, za to raczej uprzejma. Kiepsko się odnajduję w tej roli – jak zresztą w każdej z moich życiowych (nie tak znowu licznych) ról.

Od kiedy mieszkam w centrum miasta, skurczyło się ono do rozmiarów miasteczka, a granice mojego świata – do rynku z przyległościami. Zawsze myślałam, że w centrum, ze wzlędu na przetaczającą się każdego dnia ilość ludzi przyjeżdżających do pracy, szkoły, urzędu, sądu itd., nie ma punktów stałych. Za dużo płynnej ludzkiej masy, wysoka rotacja na stanowiskach sprzedawców, wciąż nowe dekoracje. Ale nie – trzy razy zdarzyło mi się zamówić do domu paczkę – przyjeżdżał zawsze ten sam kurier. Na wezwania sąsiadów przychodzi ten sam dzielnicowy, pani w aptece wie już, że pytam o leki, których nie ma w hurtowni, a pod blokiem (to nie jest blok, wiem, ale nie umiem sobie odmówić tego sformułowania – lata mieszkania na domkach) w każdy piątek i sobotę staje Pan Od Miodu.

Stoi tak mniej więcej od ósmej-dziewiątej rano, tak długo, aż nie sprzeda wszystkiego. Na początku mijałam go obojętnie, od czasu do czasu kupowałam miód, i tyle. Kiedyś chciałam jak zwykle kupić rzepakowy, ale nie było. Nie odeszłam tak po prostu, ale spytałam: “A kiedy Pan będzie następnym razem?”. Nie byłam pewna, czy słyszał, więc powtórzyłam głośniej. “Ale Pani pyta, kiedy ja będę, czy kiedy miód będzie?” – zdawało mi się, że uśmiechnął się pod nosem. “Miód” – speszyłam się lekko. – “W piątek Pani przywiozę”.

Od tamtej pory jest dziwnie – mam wrażenie, że zostałam zapamiętana. Pan Od Miodu zerka w moją stronę, kiedy idę wyrzucić śmieci i staram się to robić, nie zbliżając się za bardzo do pojemników (lubią spod nich wyskakiwać szczury); kiedy rano z laptopem spieszę się do pracy i kiedy wracam z szybkich zakupów w ciagu dnia, bo postanowiłam sobie zrobić home office. Odkąd zrobiło się zimno, muszę walczyć z chęcią kupowania od niego kolejnych słoików, żeby mógł szybciej pojechać do domu. Kiedyś słyszałam, jak rozmawiał ze starszą panią, chyba znajomą, cicho się skarżył. Jest jak punkt odniesienia i busola, jego obecność uspokaja i wywołuje wyrzuty sumienia jednocześnie. Nigdy nie zaczepia go nawet straż miejska. Ma swój szaro-zielony wózek na kółkach, kawałek kartonu, na którym rozstawia słoiki z miodem – bez etykiet, opisane czarnym markerem – i cieniutkie foliówki, do których pakuje każdy kupiony słoik, niezależnie od potencjalnych przekonań klienta na temat globalnego ocieplenia. Ostatnio spod murku, przy którym zwykle stoi, wybiegł mi pod nogi mały szczur. Odruchowo odskoczyłam i pomyślałam, że muszę go ostrzec.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *