Kawę i drożdżówkę proszę

Ten moment, kiedy po dewastującym emocjonalnie weekendzie, na stacji benzynowej, mówisz do pani za ladą: „Kawę i drożdżówkę proszę”, i to wszystko, na co cię w tej chwili stać, a z głośników gdzieś w tle sączy się Wish You Were Here (wersja oryginalna). „Dziesięć siedemdziesiąt”, mówi pani (And did they get you to trade your heroes for ghosts?), i to jest prawie jak dreszcz. Wedle wszelkich reguł prawdopodobieństwa tak często coverowany i zarzynany na wszystkich imprezach okolicznościowych kawałek powinien dawno stracić siłę rażenia. Tymczasem wystarczy dać się trochę sponiewierać  n e g a t y w n y m  emocjom i proszę (And did you exchange a walk on part in the war for a leading role in a cage?). Cukier zaczyna działać, ale wyobrażenie sobie, że jeszcze kiedyś będzie się chciało cokolwiek, pójść na spacer albo ugotować zupę, wciąż przychodzi z trudem (Running over the same old ground, what have we found? The same old fears). Mam w głowie tego kruka z muzeum, powtarzającego w kółko „No future”, mam znowu szesnaście lat. A jednak jest coś w tym zestawie (kawa i drożdżówka), może nic konkretnego, może aż nowa miłość albo wschód słońca, albo piekło i przestało (Wish you were here).

Jak nie pokochać Fiedorczuk

Święta, noworoczny dół, kilka dni gorączki i ze zdumieniem orientujesz się, że nowa płyta The xx to jakaś dyskoteka (jakkolwiek oceniona przez Chacińskiego na 8/10), a Natalia Fiedorczuk odebrała Paszport Polityki w kategorii literatura za Jak pokochać centra handlowe.

„Powieść autorki jest zapisem doświadczenia współczesnego pokolenia prekariatu oraz próbą analizy autentycznej kondycji dzisiejszej Polski”

– napisali na kulturaonline.pl. Wspaniałe zdanie, z tych kompletnie pustych treściowo, ale dających wrażenie t r a f n e j   d i a g n o z y. Zwracam uwagę na słowa klucze: „powieść” (w rzeczywistości co najwyżej fabularyzowany dziennik), „prekariat” (bo umowa o dzieło), „kondycja dzisiejszej Polski” (bo czemu nie). O książce chciałam napisać już wcześniej, ale stwierdziłam, że odpuszczę, bo sama matką nie jestem, nie znam się, i w końcu – po co się przejeżdżać po żonie Maćka Cieślaka z mojej (tyleż ukochanej, co nieistniejącej) Ścianki. Ale skoro mamy już nagrody, laudacje, okładki „Wysokich Obcasów” i cały ten entourage, to… w zasadzie nie widzę powodu, żeby odpuszczać.

„Ta świetnie napisana książka staje się z jednej strony bezlitosnym obrazem macierzyństwa w dzisiejszej Polsce (nie tylko doświadczenia matki, ale i ojca), a z drugiej – zapisem rozpadu, nieradzenia sobie z życiem”

– pisała w „Polityce” Justyna Sobolewska. Znowu „dzisiejsza Polska” i „bezlitosny obraz macierzyństwa”. Poza tą, zresztą śmiesznie krótką, notką, recenzji książki Fiedorczuk w sieci raczej brak. I nie zmieniło się to wcale po przyznaniu Paszportu. Kilka wpisów na blogach książkowych, jeden (interwencyjny!) tekst w Kulturze Liberalnej, do tego – krótkie omówienie książki na zapytajpolozna.blog.pl. Wygląda więc na to, że współczesne pokolenie prekariatu nie jest specjalnie zainteresowane przerabianiem poporodowej traumy Fiedorczuk.

O czym jest Jak pokochać centra handlowe? Najchętniej napisałabym, że o piekle macierzyństwa. Sama Fiedorczuk w wywiadach mówiła, że na książkę składają się opisy doświadczeń nie tylko jej własnych, ale wielu kobiet, bo „gdybym ja to wszystko przeżyła, to chyba bym umarła”. W istocie, brak tu jasnych stron posiadania dziecka; jest wyłącznie depresja, utrata wolności, bezradność, wściekłość, smutek, osamotnienie, przytłoczenie obrazem idealnej Matki Polki itp. Czy tylko mi się wydaje, czy jednak macierzyństwo i posiadanie dzieci to sprawa nieco bardziej wielowymiarowa? Nie rozumiem, dlaczego Fiedorczuk – jeśli chciała aspirować do roli autorki prozy, a nie reportażu uczestniczącego (a to deklaruje w posłowiu do swojej książki, o którym za chwilę) – nie poprzestała na opisie własnego doświadczenia, które z pewnością tak jednoznacznie negatywne nie było? Myślę, że wówczas miałabym dla niej więcej empatii; tymczasem jednak traktuję jej książkę jak publicystykę, a ta z założenia nie wywołuje współczucia, lecz sprzeciw.

Jedyne, w czym widzę wartość tej książki, to autoterapia. Co do tego nie będę się spierać; być może Fiedorczuk tego właśnie potrzebowała. Tutaj należałoby jednak zapytać dziennikarzy i kapitułę Paszportów, po co robią z niej ambasadorkę wszystkich matek w Polsce? Po co piszą, że to pierwszy i tak ważny głos w dyskusji o „odkłamanym” obliczu macierzyństwa? Szczerze mówiąc, odkąd w miarę świadomie śledzę mainstreamowe polskie media (czyli przynajmniej od kilku lat), nieustannie czytam o odkłamywaniu macierzyństwa. Np. „Wysokie Obcasy” od zawsze piszą, że zostając matką, tracisz podmiotowość i znikasz jako osoba, stajesz się „cycem” i sprzątaczką, a Twoim jedynym marzeniem jest w spokoju wieczorem pomalować paznokcie, nawet jeśli wcześniej miałaś j a k i e ś   a m b i c j e. Dla odmiany chętnie przeczytałabym coś innego albo chociaż odrobinę bardziej wyważonego.

„Książki można analizować w oderwaniu od rzeczywistości, w której powstają. W oderwaniu od państwa, w którym zostały napisane. Oderwaniu od dominującej religii w tym państwie, poziomu konserwatywnie myślących obywateli tego państwa i presji, którą funkcjonowanie wśród nich wywiera na autora. Ale można też wziąć to wszystko pod uwagę i zacząć opis wrażeń po Jak pokochać centra handlowe Natalii Fiedorczuk od… podziwu”

– czytamy z kolei na niska-kultura.blog.pl. Cóż, jak by to powiedzieć? Naprawdę nie wiem, gdzie u Fiedorczuk autor bloga zobaczył presję wywieraną przez dominującą religię w państwie. Może się nie znam na macierzyństwie, ale na depresji trochę tak – i naprawdę nie ma ona nic wspólnego z „tym państwem”, „dzisiejszą Polską”, „tym rządem”, a nawet „zagrożoną demokracją”. Nigdy nie zrozumiem tej dziennikarskiej maniery tłumaczenia każdego zjawiska bieżącą sytuacją polityczną, polską mentalnością albo – najgorzej – zaściankiem.

Na koniec ostatnia uwaga. Fiedorczuk strzeliła sobie w stopę, dodając do książki posłowie, w którym tłumaczy się z tego, dlaczego ją napisała. Stwierdza w nim, że „książka znajduje się na granicy reportażu i prozy […], jednak historia w niej zawarta nie jest moim świadectwem choroby”. Sugeruje też, że opisuje „spychane na margines” doświadczenia wielu innych matek, przytacza statystyki występowania depresji poporodowej i wspomina o „uświęconej tradycji” macierzyństwa w naszym kraju. Sama więc umieszcza się w kontekście, który nakazuje odczytywać jej książkę jako literaturę interwencyjną. W pewnym sensie więc pozwala mediom na wykorzystywanie swojej historii w bieżących rozgrywkach politycznych, tylko czy o to chodziło? No i wciąż nie tłumaczy to przyznania jej nagrody w – było nie było – kategorii „literatura”.

 

PS No dobra, to jest całkiem ładne (a Chaciński twierdzi, że Romy Croft śpiewa tu jak Beth Gibbons):

Last Christmas

W tym roku święta mają zapach kocich szczyn, którymi najwyraźniej przesiąkła choinka, stojąc na placu pod Biedronką. Nie było „pierwszego magicznego momentu”, tego kiedy – już po starannym opleceniu drzewka sznurem z lampkami – podłącza się je po raz pierwszy do gniazdka i wszystkie naraz się zapalają. Bo się nie zapaliły. Bombki są w tym roku w kolorze szarym i czarnym, żeby odzwierciedlały mrok mojej duszy. Podczas ich zawieszania udało mi się zbić ulubiony kieliszek i dokonać kolejnych nieodwracalnych szkód na mojej pięknej, dębowej podłodze. Kupiłam masę niepotrzebnych nikomu rzeczy w charakterze prezentów, z góry wiedząc, że i tak się nie spodobają i nikogo nie obejdą. W ramach poprawy humoru kupiłam też dwie czarne sukienki. Nie pomogło. Poszłam do sklepu zmielić kawę, żeby zabiła zapach szczyn. Pomogło, ale tylko trochę. Nie upiekłam pierniczków. Połamane paznokcie raczej nie odrosną do Wigilii. A złamane serce się nie zrośnie. Raczej nie dam rady wystylizować się na żadną szczęśliwą, spokojną i spełnioną postać. Pozostaje mi podjąć heroiczną i z góry skazaną na porażkę próbę przetrwania do poświątecznego wtorku. Stay tuned.

Mistrz opowieści bez puenty

„Pisanie jest po prostu częścią mnie. I nie ma tu znaczenia, czy robię to na blogu, czy w książce […]. To oczywiście miłe jest móc zarabiać na pisaniu, ale pisałbym nawet wtedy, gdybym nie miał z tego ani grosza. Pisałbym, gdybym miał dziesięć razy mniej czytelników. Sto razy mniej czytelników. Pisałbym nawet na opakowaniu proszku do prania, jeśli nie miałbym innej możliwości” – deklaruje Piotr C., autor bloga „Pokolenie Ikea” i trzech książek. Ostatnio wydał Brud, który z wrodzonego altruizmu kupiłam i nawet przeczytałam, żebyście Wy już nie musieli.

Książka jest wysoko na liście bestsellerów Empiku, co by wskazywało na to, że nie byłam jedyna. Jednak o ile teksty z bloga – w mniejszej dawce, jako lektura dla odprężenia, kiedy wieczorem nie masz już siły na nic poza odmóżdżającym przeglądaniem Internetu – dają się czytać, o tyle 250-stronicowa książka już taka strawna nie jest. W zasadzie w ogóle nie jest strawna.

Przytoczona wyżej deklaracja autora wcale mnie nie zdziwiła, brzmi bowiem jak wyznanie rasowego grafomana. „Zawsze chciałem pisać, ale rodzice wysłali mnie na prawo”. Więc je skończyłem, ale wrodzony talent nie pozwolił o sobie zapomnieć… Piotr C. pisze jakby od niechcenia, nie przejmuje się specjalnie ani formą (w wielu przypadkach np. w ramach jednej opowiadanej historii miesza różne czasy, przez co naprawdę fatalnie się to czyta), ani treścią (książka składa się z wielu uroczych opowieści o kobietach i mężczyznach, w znakomitej większości pozbawionych puent, za to hojnie okraszonych scenami seksu i wciągania kokainy). Przy tym wydaje mu się, że jest szalenie odkrywczy i zabawny, a złote myśli, których nie powstydziłby się sam Coelho (a może i Anthony de Mello), wkłada w usta swoich bohaterów. I tak np. Relu (główny bohater i narrator) mówi: „Nie jestem fanem żadnych religii. Wszyscy się wkurzają na ISIS na Bliskim Wschodzie, a czym to się różni od hiszpańskiej inkwizycji?”; Julka (typ dziuni z TVN-u, która okazuje się jednak później inteligentna i głęboka) ustawia sobie na firmowym czacie opis: „Boli mnie gardło, chyba obtarłam”; a później stwierdza: „Każdy, jak po nim poskrobiesz, kryje jakiś brud”; Viola, klientka adwokata Relego i rozwódka in spe, już na pierwszym spotkaniu raczy go niedawno nabytą mądrością życiową: „Znasz to powiedzenie, że z mężem jest jak z naleśnikiem? Pierwszego trzeba wypierdolić”.

I tak przez ponad 200 stron: bon mot goni bon mot, dowcipasy sypią się jak z rękawa, a autor nas nie oszczędza, dzieląc się przy każdej okazji swoimi słusznymi poglądami na wszystko: „Jedyne, co dobrego dały Polsce rządy Platformy Obywatelskiej, to autostrada A0 i A1”. I może bym się nawet nie czepiała, gdyby to miała być po prostu lektura do kanapki na przerwie w pracy. Ale po co ten mentorski ton? To „a teraz Wam powiem, jakie n a p r a w d ę  jest życie”, po co te wszystkie irytujące uogólnienia, nieśmieszne żarty na temat damskich tyłków, męskich koczków i sojowej latte? To już było…

Mam problem z tą książką, bo jest sprzedawana jako coś w stylu pokoleniowego manifestu (trzeciego z kolei), a nie odnajduję w niej ani swoich problemów, ani żadnej z osób, które znam. Więc albo jest to manifest pokolenia pracującego w TVN-ie bądź w warszawskim Mordorze i bujającego się po stołecznych knajpach, albo ja jestem tak oderwana od rzeczywistości, że nie łapię tego, co bez trudu dostrzega prawie 300 tys. fanów „Pokolenia Ikea” na Facebooku. „Miłości nie ma, są tylko złudzenia” – ogłasza tam m.in. Piotr C.

Ludzie, naprawdę chce Wam się słuchać takich czerstwych tekstów?

Jaś Kapela Superstar

„Jaś Kapela to lewicowy poeta, który popularność zbudował nie dzięki twórczości, lecz pomimo niej, bo znacznie bardziej woli poetykę skandalu. Czy kiedyś dorośnie i stanie się Janem?” – czytamy w tekście Jakuba Kowalskiego zamieszczonym w sobotnim „Plusie Minusie” (całość dostępna tutaj). Dalej jest jeszcze lepiej, a w tekście piętrzą się protekcjonalne stwierdzenia w stylu „Trudno to wszystko zrozumieć również rodzonej matce – Teresie Kapeli” [o udziale Jasia w marszu szmat] czy „Krzysztof Masłoń, recenzujący książki dla Plusa Minusa, mówi, że słyszał o [Kapeli] rzeczy jak najgorsze”. Jakie to rzeczy, autor artykułu niestety nie zdradza.

Zwróciłam uwagę na tekst Kowalskiego, spodziewając się, że dostanę lekko żartobliwą (tytuł: „Skandaliki Jasia Kapeli”) analizę obecności i sposobów funkcjonowania Jasia Kapeli w mediach w ostatnim czasie (obecności, której zresztą sama specjalnie nie śledzę, ponieważ estetyka „pornografii wewnętrznej” i żenady, którą wybrał i konsekwentnie uprawia Jasiu, jest dla mnie na dłuższą metę nie do zniesienia). Tymczasem dostałam przedziwny zlepek cytatów, okraszony uwagami autora w stylu przywołanych wyżej, z dominującym przesłaniem: „Czy Jaś kiedyś dorośnie?”.

Jestem szczerze zdumiona, jak tak słaby tekst mógł się ukazać właśnie w „Plusie Minusie”, który zazwyczaj trzyma poziom i utrzymuje dziennikarskie standardy, o ile dzisiaj w ogóle można jeszcze mówić o czymś takim. Od wczoraj nie mogę się nadziwić, jak można napisać tekst, w którym w pierwszym zdaniu stawia się tezę, że ktoś jest „lewicowym poetą”, po czym nie wspomina się ani słowem o poezji, skupiając się jedynie na ośmieszaniu bohatera i przekonywaniu czytelnika, że Jaś i wszystko, co robi, jest „fe”, „żenujące”, „niedorosłe” itp.

Aby potwierdzić swoje głębokie rozpoznania, autor przywołuje nie tylko wypowiedzi matki poety (jak powszechnie wiadomo, od wielu lat mającej z synem konflikt na podłożu światopoglądowym – Jaś jest w zespole „Krytyki Politycznej”, jego matka to działaczka Związku Dużych Rodzin „Trzy Plus”, którą to zresztą sytuację sama wykorzystuje do nagłośnienia swoich działań, udzielając licznych wywiadów, m.in. „Wysokim Obcasom”, w których opowiada, jak bardzo nie rozumie, co się stało jej synowi pod wpływem tego niedobrego Sławka Sierakowskiego), ale także Rafała Ziemkiewicza (którego też trudno podejrzewać o bezstronność, skoro sam jest jedną z najczęściej atakowanych przez Kapelę w felietonach osób publicznych) czy Macieja Jakubowiaka z Dwutygodnika (jedyny sensowny głos, ale dotyczący tylko ostatniej książki Kapeli pt. Dobry troll – Jakubowiak ocenia ją jako „pospolite grafomaństwo”). Czy naprawdę Kowalski nie znalazł nikogo więcej, kto chciałby się o twórczości Jasia wypowiedzieć? A może – o zgrozo – Kowalski nie wie, że zanim Jaś stał się „lewicowym skandalistą” i zaczął „płodzić kąśliwe felietony” na zlecenie „Krytyki Politycznej”, wydał dwa całkiem dobre tomiki wierszy (bardzo dobra Reklama i słabsze, choć ciekawe, Życie na gorąco)? Bo przecież gdyby wiedział, rzetelność dziennikarska nakazywałaby przynajmniej o tym wspomnieć… Ale może jestem naiwna.

Kuriozalności całej sytuacji dodaje fakt, że Kowalski okrasił swój tekst cytatami z piosenki Bajka o głupim Jasiu Jacka Kaczmarskiego. Domyślam się, że miał to być taki sprytny zabieg intertekstualny, ale niestety autor trafił kulą w płot, bo ani piosenka Kaczmarskiego (rymy proste typu „cal – dal”), ani cała estetyka, jakiej jest on symbolem (z pewnością byłabym w stanie znaleźć wśród krytyków co najmniej kilka osób, które nazwałyby jego utwory „pospolitą grafomanią”) ma się nijak do Jasia Kapeli i jego twórczości i działalności. Podstawową figurą bowiem, którą stosuje Kapela w swoich tekstach, jest ironia – i to zwykle w najprostszym, antyfrastycznym wariancie, czyli wtedy, gdy właściwy sens wypowiedzi stanowi przeciwieństwo jej sensu dosłownego. Kiedy więc Kapela pisze w liście do Borysa Szyca: „Chciałem przeprosić wszystkich, których uraziłem i skrzywdziłem swoimi słowami. Mam nadzieję, że moja głupota nie będzie miała negatywnych konsekwencji dla pana Szyca, którego talent aktorski szczerze podziwiam. Jestem sobą zażenowany”, to z jednej strony: tak – jest sobą zażenowany, ale z drugiej: rozgrywa tę sytuację tak, jakby on sam był osobą, która najlepiej się tutaj bawi. Kapela powiedział zresztą kiedyś w wywiadzie: „Dystans to jedna z moich głównych cech. W moich wierszach są niektóre wzruszenia, które są, jakby… nielegalne. To jest już ta granica kiczu i żenady w obnażaniu samego siebie, to już jest jakaś pornografia wewnętrzna. Jak czytam niektóre moje wiersze, to czuję się zawstydzony, jak dużo pokazałem. Ale uważam, że to jest bardzo potrzebne, mówić o takich rzeczach, które są praktycznie pornografią. To jest dla mnie dziwne i potrzebne jednocześnie – że piszę, ogarniam siebie, ogarniam świat”. Kowalski, jak się zdaje, przeoczył istotny fakt – samoświadomość podmiotu, który dokonuje autokreacji – czy to w literaturze, czy kształtując swoją obecność w mediach.

Wreszcie ostatnia uwaga – Kowalski w swoim tekście uparcie tytułuje Kapelę „Panem Janem”, jakby nie mogąc pogodzić się z tym, że ten wybrał sobie zdrobniałą wersję imienia i z nią funkcjonuje w obiegu medialnym, literackim (okładki książek, felietony, media społecznościowe itd.). Zabieg ten nie jest nowy (wystarczy wspomnieć Tomka Tryznę, Darka Foksa czy Tomka Lipińskiego), ale jeśli już autor się nań decyduje, zapewne ma ku temu powody. Dziwne, że Kowalskiemu tak bardzo przeszkadza domniemana „niedojrzałość” Kapeli, która wyraża się wg niego właśnie w owych „skandalikach” i zdrobniałej wersji imienia, że aż musi ją zanegować i wyśmiać, w dodatku z pozycji wyższościowych (jak się domyślam – z poziomu swojej własnej, już szczęśliwie osiągniętej, dojrzałości). Po co w ogóle brać się za pisanie tekstu o kimś, do kogo czuje się pogardę? Chyba tylko po to, żeby samemu poczuć się lepiej.

Na koniec – dla tych, co nie znają – jeden z wierszy Kapeli z pierwszego tomu (2005). Może i Pan Jakub Kowalski przeczyta.

 

ostatecznie czujemy się dobrze

albo źle. ostatecznie siedzimy albo gdzieś idziemy.

wczoraj krzyczałem że jestem pieprzonym bogiem

dzisiaj z trudem przechodzi mi przez gardło

poproszę piętnaście deko goudy giżycko.

koleżanka lesbijka przy bliższym kontakcie

okazała się jednak być bi. co można uznać za sukces

lecz również za zdradę stanu. bo przecież chodzi o to

żeby był ktoś

z kim się nie. coś z czym się nie. tak

naprawdę to tak

nie uważam. przecież to ja jestem tym kimś

czymś. każdy by się skusił.

 

(abstrahując od żartów z tomiku Reklama)

Aspirujący komentator rzeczywistości. Idę się zabić

Przecier z jarmużu

Jest to jeden z tych dni, kiedy wstajesz o godzinie, o której powinieneś być na przystanku, patrzysz w lustrze na swoje zapuchnięte oczy i wzorek poduszki na policzku i stwierdzasz, że dziś to już raczej nie pobiegasz. Bo wszyscy dookoła mówią: „Źle się czujesz? Idź, pobiegaj”. W autobusie śmierdzi, a każdy mijany po drodze biegacz wydaje się herosem, któremu udało się to, co Tobie właśnie nie. W pracy trafiasz przypadkiem na profil Anny Lewandowskiej, żeby stwierdzić, że ona na pewno nie jest człowiekiem, tylko cyborgiem („Nie żyjemy po to, by lepiej biegać. Biegamy po to, by lepiej żyć”). Czujesz, że twoje wczorajsze prawie trzy kilometry to jakiś żart. W dodatku dręczy cię poczucie winy, bo nie jesz na obiad przecieru z jarmużu i nie popijasz naparem z pokrzywy. A Endomondo nieustannie wysyła te złośliwe maile z hasłami w stylu: „Cześć, od twojego ostatniego treningu minęło już…”.

Wbrew pozorom nie postanowiłam zapoczątkować tym wpisem nowego, lajfstajlowego cyklu na blogu. Daję tylko tzw. ogólny obraz, żeby nikomu nie przyszło przypadkiem do głowy, że jestem oderwana od rzeczywistości albo – nie daj Boże – romantyczna i wolę bohaterów literackich od prawdziwych ludzi. Otóż jest dokładnie odwrotnie – jestem zanurzona w problemach pierwszego świata do tego stopnia, że utożsamiam się z każdym, kto bardzo chciałby żyć zdrowo i radośnie, tylko czasami – nie wiadomo jak i dlaczego – prywatny autopilot włącza mu program „autodestrukcja”.

Ten wpis będzie zatem o kilku powieściach, które przeczytałam w czasie wakacji, korzystając z wyżej opisanych momentów i lata bez upałów. A także nagłej niechęci do oglądania całymi sezonami produkcji HBO/ Netflix (to ostanie już mi przeszło).

Niesłychanie cienka granica między dziennikarstwem a literaturą

Na pierwszy ogień poszła Marta Masada, niegdyś dziennikarka „Wprost” i TVP, potem założycielka „kultowej” Ambasady Śledzia (ostatnio otworzyli jedną nawet we Wrocławiu). Masada wydała w tym roku swoją debiutancką powieść Święto trąbek, o której od razu zrobiło się głośno. I chociaż recenzje były takie sobie, postanowiłam sprawdzić, co zacz.

Książka zbudowana jest wg amerykańskiej zasady „too much of everything” – na ponad 600 stronach dostajemy więc wszystko, a nawet więcej: irytująco niedojrzałą główną bohaterkę, mnóstwo seksu z wątkami sado-maso, antysemityzm, historię polskich Żydów na tle losów świata, streszczenia snów, scenki obyczajowe ze świata polskiego show-bizu, desperackie próby znalezienia miłości życia pochodzenia żydowskiego, walkę o prawa gejów i lesbijek, udające pozory głębi opisy Nowego Jorku oraz Holokaust. Zniosłabym może nawet to wszystko i dobrnęła do końca, ale po mniej więcej 100 stronach ujawnił się jeszcze jeden zasadniczy aspekt „nadmiarowości” tej literatury – mianowicie nadmiar pisarskiej swobody, nieorganiczonej w żaden sposób przez redaktora. Wyraża się to przede wszystkim w specjalnie drażniących „nawiasach”. Niemal po każdym zdaniu autorka otwiera nawias, w którym to zdanie komentuje; a najgorsze, że wydaje jej się, że jest zabawna.

Oprócz „poczucia humoru” autorki szczególnie irytujące są wszechobecne tu stereotypy. Główna postać, Zula Pogorzelska (sic!), wychowana przez ocalałego z Auschwitz dziadka, mimo epatowania swoją pozorną „odmiennością” i „nieprzystawalnością”, jest dokładnie taka sama jak wszystkie bohaterki chicklit: idealnie piękna, niezależna, odnosząca sukcesy w pracy i fascynująca. Brak jej tylko tego jedynego, dla którego zrobi wszystko, da się traktować jak przedmiot, oszukiwać, wyśmiewać i jeszcze będzie za to winić samą siebie. Po prostu współczesny Kopciuszek, który jakoś nie ma szczęścia do mężczyzn…  Znamy. Masada ma nawet do tego teorię:

„Zula jest nadwrażliwa i chorobliwie głodna emocji. Szuka miłości. Dziadek, który przeżył Auschwitz, nie był w stanie dać jej uczuć i ciepła. Zresztą sam cierpiał i miał wyrzuty sumienia, bo inni nie przeżyli. Zula dziedziczy po nim to poczucie winy. Czuje się odpowiedzialna za naród, historię, za innych. Żyje przeszłością, choć jest szalenie nowoczesna. Choć wie, że to absurdalne, jednak bierze wszystko na siebie, także próbę odkupienia win. Jakby te traumy i międzyludzkie emocje odbierała niczym kosmiczna antena. To też widoczne w jej gęstych, symbolicznych snach”. [całość wywiadu tutaj]

Śpiąca Królewna z korporacji

Drugi przypadek jest chyba jeszcze ciekawszy. Pamiętacie Magdę Miecznicką, bezkompromisową publicystkę i recenzentkę „Przekroju”, „Gazety Wyborczej”, a wreszcie „Dziennika”? Tak, to ona znana była z kontrowersyjnych opinii o wielkich polskiej literatury, w co drugim tekście szpanowała studiami na Sorbonie i w USA i z żarliwością neofity propagowała w Polsce twórczość Houellebecqa. Trochę działała mi na nerwy, a trochę ją lubiłam – fajnie było się z nią tak radykalnie nie zgadzać, kiedy wygłaszała w „Dzienniku” swoje jedynie słuszne sądy o „naszym pokoleniu”. Chyba nawet kilka znanych osób wdało się z nią w polemiki.

Po likwidacji „Dziennika” w 2009 r. praktycznie zniknęła z łamów prasowych, wcześniej jednak zdążyła jeszcze wydać swoją pierwszą powieść – Cudowną karierę Magdy M. Nie sięgnęłam po nią wtedy, obawiając się najgorszego, ale ostatnio zobaczyłam ją na półce w bibliotece i postanowiłam sprawdzić, jak znosi próbę czasu. No i jeszcze trafiłam na to:

Nie, nie żartuję – na tym wideo Miecznicka w różowej sukience i z różową parasolką przechadza się po parku i zupełnie serio tłumaczy, dlaczego w jej powieści nie ma scen seksu.

To wszystko – łącznie z pierwszym, potwornie pretensjonalnym rozdziałem jej powieści – wygląda, jakby autorka koniecznie chciała zmieścić się w kategorii „literatura kobieca”. Być może było to podyktowane względami marketingowymi, może miał to być rodzaj literackiej prowokacji, ale dla mnie ten zabieg jest niezrozumiały i chybiony. W kategorii chicklit Miecznicka wiele nie zdziała, chociażby dlatego, że Cudowna kariera Magdy M. nie spełnia wymogów stawianych temu gatunkowi literatury: brak tu wyraźnej linii fabularnej (piękna bohaterka po rozmaitych perypetiach spotyka w końcu miłość życia i jest szczęśliwa), wspomnianego seksu i happy endu, nieproporcjonalnie dużo jest natomiast uwag na temat pierwszego pokolenia, które dorastało w wolnej Polsce, a potem robiło kariery w korporacjach. Mam wrażenie, że miała to być raczej powieść pokoleniowa – o dojrzewaniu konkretnych ludzi w konkretnej epoce, coś bardziej jak Małż Marty Dzido niż powieści Grocholi czy typowe romanse.

Dostajemy jednak raczej psychologizującą powieść obyczajową, której główna bohaterka do końca jest postacią nieokreśloną, uciekającą przed traumatycznym wspomnieniem (t a m t o) w pracę i zabawę. Na plus można Miecznickiej zaliczyć to, że książka jest sprawnie napisana i dobrze zredagowana (w przeciwieństwie do Święta trąbek Masady). Jej wydanie wymagało też sporej odwagi, jeśli nie bezczelności (osobiście nie wiem, czy będąc krytyczką literacką, która właśnie wyrabia sobie pozycję w środowisku, zaryzykowałabym wydanie własnej powieści, w dodatku tak jawnie autobiograficznej). Mimo to diagnozy Miecznickiej są dalekie od oryginalności, jej bohaterowie – płascy, a obserwacje dosyć płytkie. To, co nie broniło się w pokoleniowych manifestach publikowanych mniej więcej raz na tydzień w „Dzienniku”, nie broni się również w pełnowymiarowej powieści.

Chłopcy i dziewczynki

Trzecie podejście do poplit zrobiłam, sięgając po debiut powieściowy autora również dobrze znanego skądinąd – tyle że mężczyzny. Chłopcy Andrzeja Saramonowicza, wydani rok temu przez Wielką Literę, zachwalani byli jako „powieść o tym, jak trudno być człowiekiem, kiedy jest się mężczyzną” oraz „pikantna komedia obyczajowa”.

Koncept narracyjny zastosowany przez Saramonowicza jest ciekawy: narrację prowadzi naprzemiennie dwóch głównych bohaterów: 40-letni neurochirurg Jakub Solański i jego 11-letni syn Mateusz. Jeden i drugi komentują te same wydarzenia, przy czym od początku to Mateusz wydaje się dojrzalszą częścię tandemu. Postać Jakuba jest zaś uroczo stereotypowa: ten odnoszący sukcesy w pracy specjalista po rozwodzie z żoną (w zasadzie nie wiadomo, po co się rozwodził, skoro przez całą powieść przewijają się zdanka typu: „Po chuja ja się rozwodziłem, skoro ona taka piękna?”) rozwija u siebie alko- i seksoholizm, w przerwach prowadząc z synem „męskie rozmowy”.

Poznajemy świat mężczyzn i kobiet z warszawskiej klasy średniej, oczywiście odpowiednio przerysowany (rodzice wszystkich kolegów i koleżanek Mateusza z klasy są już po albo w trakcie rozwodu; wszyscy mężczyźni „z odzysku” – na czele z Jakubem – umawiają się tylko ze swoimi rówieśnicami, czyli byłymi żonami kolegów; no i rzecz jasna nikt nie ma problemów finansowych), a Saramonowicz co rusz częstuje nas sucharami w stylu: „Co najbardziej lubię w kobiecie? Być” czy „Tato, jak to jest mieć żonę? Zależy czyją, synu”. Jest to trochę śmieszne, trochę irytujące, ostatecznie jednak przecież wszyscy wiedzą, że chodzi o rozrywkę.

Po licznych zawirowaniach akcja niebezpiecznie skręca w rejony sentymentalnej bajki z morałem, okazuje się bowiem, że uprawiany przez Jakuba i jego kolegów promiskuityzm staje się męczący i niewygodny, a wybawieniem z jego błędnego koła może być tylko nowa i prawdziwa miłość. Tak. Czyżby więc Saramonowicz w ten pokrętny sposób próbował przekazać swoim czytelnikom szacunek do niemodnych, konserwatywnych wartości? Wydaje mi się raczej, że autor celnie odpowiada na oczekiwania potencjalnych czytelniczek (bo przecież wiadomo, że po Chłopców sięgną głównie kobiety, aby się przekonać, dlaczego „oni” są tacy niedojrzali i poczuć od tego lepiej), czyli całych pokoleń kobiet wychowanych w romantycznym paradygmacie prawdziwej i jednej na całe życie miłości. I chociaż to absurdalne – bo przecież żeby mężczyźni zdradzali, muszą mieć z kim, i tym kimś zwykle jednak jest jakaś kobieta – fajnie przeczytać sobie historię o tym, że prawdziwa dojrzałość to monogamia i rezygnacja z egoizmu oraz poszukiwanie stałości w tym okrutnym, rozchwianym świecie.

 

Tyle. Piszę to wszystko, ale trochę się obawiam, że zabiję się* jeszcze zanim jakieś wpływowe nowe medium ogłosi mnie „aspirującym komentatorem rzeczywistości”.

 

* Normalnie nie jestem taka depresyjna. Jestem dosyć pogodna. Patrzę w przyszłość, orientuję się na samorozwój oraz skupiam na tym, co mogę zmienić. Po prostu… jestem na rozdrożu.

OFF WE GO. Prywatny line-up

Jest szansa, jest życie. OFF za 5 dni. Plan, żeby doczołgać się do 5 sierpnia, czas: start! A tymczasem ściągawka, żebym pamiętała, na co chciałam  k o n i e c z n i e  iść.

PIĄTEK (5.08)

Komety grają Partię

Kto jeszcze pamięta ten uroczy refren: „Stoję na balkonie, palę papierosa, Warszawa i jaaaaa”? Kiedy to było, 15 lat temu? Dawniej? To było dodawane do jakiejś „Lampy” albo „Machiny”? Nie pamietam, ale idę się powzruszać i poczuć nie-tak-staro-wśród-takich-jak-ja.

Willis Earl Beal

„Jeśli czujesz się jak na śmieci wór, bo codzienny znój daje w kość; nie zostawaj sam, nie słuchaj płyt, smutnych pieśni czarnych nut” śpiewa F.I.S.Z. Ale powiem Wam, że na OFF-ie zamierzam robić dokładnie odwrotnie.

Minor Victories

Rachel Goswell ze Slowdive + gitarzyści Editors i Mogwai? Brzmi jak przepis na idealną melancholię w sam raz na środek upalnego lata.

Sleaford Mods

Odkąd usłyszałam akcent wokalisty, już nie muszę czytać żadnych opisów, żeby wiedzieć, że to pozycja obowiązkowa. So British 😉

Brodka

Zdolna dziewczyna. A ta nowa płyta jest świetna. Nie widziałam Brodki na żywo od jakiegoś koszmarnego koncertu na festiwalu poezji śpiewanej pod Zamościem (była chyba wtedy tuż po „Idolu” i zupełnie nie miała swojego repertuaru), w Kato będzie szansa na odczarowanie. No i mam nadzieję, że zagrają „Varsovie” 🙂

Devendra Banhart

Bo po ostatniej płycie „Mala” (którą bardzo lubię) i jednym z fajniejszych koncertów na pamiętnym Open’erze 2013, we wrześniu ma wyjść nowy krążek, więc koncert na OFF-ie będzie pewnie jedną z pierwszych okazji, żeby go posłuchać. Jak Devendra sprawdzi się jako headliner pierwszego dnia festiwalu na scenie głównej tuż po północy?

SOBOTA (6.08)

Jaga Jazzist

Żeby nie było, że kręcą mnie tylko sentymenty, gitary i meelancholijni songwriterzy.

The Kills

Chociaż wolałabym zobaczyć Alison Mosshart z Jackiem White’em i The Dead Weather, ale jak się nie ma, co się lubi, to…

https://www.youtube.com/watch?v=lXB5VrDDDxo

NIEDZIELA (7.08)

Lotto

Jest coś wciągającego w tej muzie. Warto sprawdzić.

Thundercat

Może w końcu dowiem się, o co chodzi w tym fenomenie.

Mudhoney

Wszystko tu jest legendarne i kultowe, od wytwórni Sub Pop, przez Seattle, po grunge. W związku z tym trzeba.

William Basinski

Ambient i hołd dla Davida Bowiego? Idę!

Anohni

Bardzo się boję tego koncertu, bo z założenia mam duży dystans do wszystkich form sztuki zaangażowanej, a taki niewątpliwie jest album Hopelessness. Ale to w końcu cały czas Anthony! O ile nie przesadzi z patosem na koncercie, może być dobrze. Hope so.

https://www.youtube.com/watch?v=Fi0q0O4V5Qs

Syny

Poziom abstrakcji jest wysoki. A wokal jakoś podobny do Wojtka Bąkowskiego z Niwei. Jeśli po trzech dniach festiwalu ok. drugiej w nocy będę jeszcze żywa, z ciekawości zajrzę na eksperymentalną.

Autorzy na literę H

Po szkole szło się dziurawą asfaltówką w kierunku Rogów, a potem przez pola na stary, nieużywany poligon, gdzie można było biegać po pozostałościach okopów i bunkrów. Chociaż bracki straszył, że poligon na pewno jest zaminowany. Albo brało się rower i jechało na wały nad Odrę, poleżeć w trawie. Albo nad stawy w Rogach, ale nie tam, gdzie wszyscy jeździli się kąpać (nawet już po tym, jak Sanepid przebadał wodę i zakazał), tylko w takie inne, zupełnie puste miejsce. Albo jeszcze szło się za brackim kilka kilometrów przez pola nakraść młodych kolb kukurydzy, która potem tak niesamowicie smakowała z masłem i solą. Mój pies dostawał szału z radości, kiedy spuszczałam go ze smyczy, biegał  jak opętany, a ja mogłam siedzieć w trawie i gapić się w chmury (chmurko, niebieskie niebo). To było chyba jeszcze zanim zaczęłam uciekać ze szkoły, żeby przejść nielegalnie przez most kolejowy (między torami były stare blaszane podkłady, które brzęczały, jak się na nie następowało, a między nimi widać było szarą, straszną Odrę), żeby wejść na dach na wpół rozwalonego budynku w starym porcie, leżeć na rozgrzanej wrześniowym słońcem papie i czytać. Albo słuchać muzyki z walkmana. Z kaset.

Nienawidziłam wtedy szkoły tak bardzo, że do rozpaczy doprowadzał mnie każdy poranek, codziennie ta sama droga Piastowską (w lutym rano było jeszcze szaro, dopiero wschodziło słońce, a ja  patrzyłam na różowe niebo, w słuchawkach miałam King Crimson), a potem przez park, nad Linetą i w końcu ten budynek-pałacyk, „renomowane liceum”, „ogólniak”, moja skrzywiona wychowawczyni robiąca mi wykład na temat 5-minutowego spóźnienia na lekcję polskiego, mierny z chemii. Odruch wymiotny. Chęć ucieczki do parku, nad Odrę, do portu. W ostateczności do biblioteki albo chociaż DKF-u (raz na 3 tygodnie). Poczucie, że „ja tu kurwa nie pasuję”. Pomysły typu „przeniosę się do budowlanki/ ekonomika, handlówki/ liceum pielęgniarskiego i będę pomagać ludziom”. Poczucie, że chcę tylko leżeć na łóżku, patrzeć w sufit, i słuchać płyt. Pojechać na koncert Radiohead i umrzeć. Palenie czerwonych papierosów malboro w parku. Przemykanie pod ścianami. Wycieczki szkolne do miejsc kultu, gdzie można kupić dużo fajnych rzemyków i koralików. Wymioty w autokarze. Smak maślanej chałki od Zalewskiego na dużej przerwie, na ławce pod Gwiazdą. Chłopcy w granatowych mundurkach z żeglugi. Chłopcy we flanelowych koszulach i sztruksach z ogólniaka.

Sentymentalizm to zaraza, wiem; piszę, bo tęsknię. Bo jak jadę autobusem do pracy i patrzę na ludzi, czuję na przemian nienawiść i współczucie, i to jest tak silne, że chce mi się płakać, chociaż nie mogę znieść ich zapachu, pierdolenia, sposobu, w jaki siedzą i w jaki stoją, ani ciepła, jakie wydzielają ich ciała. Bo jak odwiedzam moich rodziców, to mam ochotę ich zabić, a siebie zaraz potem, bo nie rozumieją mnie tak bardzo, że jest to aż groteskowe („Dlaczego nie powiedziałaś, że cieknie ci kaloryfer? Dlaczego?!”). Bo wciąż jestem tą wrażliwą dziewczyną z ogólniaka, nikim więcej.

 

„Wiadomości Wędkarskie” czekają

Uwielbiam blurby wydawców. „Piekło hipsterstwa” – a w środku historyjka o chłopcu, który naczytał się za dużo Gombrowicza. „Proza odważna, heretycka i ostra jak brzytwa” na okładce nowej książki Zbigniewa Mentzla zapowiada coś przynajmniej na miarę świetnych Wszystkich języków świata z 2005 r., tymczasem dostajemy zbiór tekścików, które nadawałyby się na felietony w „Wiadomościach Wędkarskich”. Gdzie tu herezja? Gdzie odwaga, o ostrości nie wspominając? Chyba że podciągniemy pod nią doprawdy wstrząsające wyznanie narratora-autora Zbigniewa M. o jego domniemanej cyklofrenii. Ale nawet jeśli (choć mi wydaje się ono co najwyżej niezręczne), to wciąż nie tłumaczy użycia w blurbie przez wydawcę (krakowski Znak!) słowa „proza”…

Poważnie, naprawdę się ucieszyłam, że Mentzel coś wydał. Bardzo dobrze wspominam lekturę Wszystkich języków świata – nie była to może proza przełomowa, ale na pewno warta uwagi i pozostawiająca spory niedosyt. Poza tym zamierzchły rok 2005 jakoś dobrze mi się kojarzy (może dlatego, że było to jeszcze przed „wspólną biblioteczką”, którą – jak proroczo przepowiedziała Olga Tokarczuk – państwo będą jednak musieli podzielić; i może dlatego, że mam pewność, że akurat Języki… są moje).

Pomyślałam też, że skoro Mentzel kazał nam czekać na swoją nową książkę aż ponad 10 lat, to będzie to naprawdę coś dobrego. Tym większe moje rozczarowanie po przeczytaniu nieledwie 200-stronicowego Spadającego noża (nie da się tego nazwać powieścią, bo autor poskąpił fabuły; sam chyba nie do końca przekonany do tej formy literackiej ni to pamiętnika, ni to zbioru felietonów, dla bezpieczeństwa dodał podtytuł „wariacja literacka”, ale z wariacją moim zdaniem nie ma to nic wspólnego).

Wydawałoby się, że polska literatura już przerobiła zagadnienie autotematyzmu i odwieczny problem pisarzy pt. „Napisałbym coś, ale nie ma o czym, dlaczegóż by więc nie o sobie, dlaczegóż by nie?”; że wracają powieści, historie, bohaterowie z krwi i kości… Tymczasem Mentzlowi chyba naprawdę wydaje się, że jego biografia jest tak niesłychana, zabawna i wyjątkowa, że zasługuje na wydanie. Pół biedy, jeśli taki autoerotyzm uprawia dwudziestoparoletnia córka premiera, ale jeśli to samo robi ponad 60-letni pisarz (wiem, że nieładnie wypominać wiek, ale kalendarz jest nieubłagany – nie młodniejemy), to – darujcie – trochę za dużo.

Polecam np. taki fragment:

„Wiesz, co mi się zdaje – zagadnął mnie swego czasu Jurek [Pilch, bardzo ważna u Mentzla postać – dop. mój]. – Zdaje mi się, że w porównaniu z moim seksoholizmem mój alkoholizm zakrawa na abstynencję”. „A wiesz, co mi się zdaje – odparłem. – Zdaje mi się, że w porównaniu z moim seksoholizmem twój seksoholizm zakrawa na oziębłość”.

Dostajemy jeszcze wiele tego typu anegdot (boki zrywać), historyjek i wspominków, które docelowo miały się składać na coś w rodzaju „dziennika intelektualisty”. Mentzel opisuje swoje przygody w PRL-u, w latach 90. i w nowym wieku, na rybach, na giełdzie, w antykwariacie i podczas czytania depesz PAP-u. I tutaj dochodzę do tego, co mnie jako czytelnika najbardziej irytuje i męczy przy tego rodzaju autorskich pamiętnikach/ dziennikach. Niechby już nawet te historie były nudne (bo są) i opisane bez nerwu, od niechcenia, z kronikarskiego obowiązku – ale chciałabym czuć tu minimalną empatię dla przywoływanych postaci, tych tzw. „zwykłych ludzi”. A tu znowu – ten ironiczny, inteligencki dystans do klasy pracującej, ludu miast i wsi, rodaków próbujących dorobić się na początku lat 90. na handlu z łóżek polowych, nawet do prawdziwych „rekinów” giełdy (czyt. tych, którzy się tam dorobili) – Mentzel nimi gardzi, bo sam interesuje się giełdą i gra wyłącznie z powodów „wyższych”:

Od początku traktowałem giełdę w sposób zbyt abstrakcyjny, wyidealizowany. Bo co właściwie najbardziej mnie do niej przyciągało? To wszystko, co w rozmaitych książkach czytałem o filozofii, psychologii, sztuce spekulacji […]. Studiowałem pasjami analizy giełdowej koniunktury opierające się na liczbach Fibonacciego, odkrywające na wykresach akcji te same „boskie proporcje”, widoczne w kształtach muszli, rogów zwierzęcych czy fal oceanu. Obserwując giełdowe notowania, głowę miałem zaprzątniętą zagadkami wszechświata.

Wystarczyło mi już, jak Adam Poprawa wydał napisany w tym samym duchu dziennik (Walce wolne, walce szybkie, 2009). Ciśnie mi się na usta komentarz rodem z memów: dlaczego niektórzy pisarze wydają przeintelektualizowane dzienniki? No cóż, odpowiedź jest prosta i smutna: bo mogą.

Nominacja do Nike, wiadomo, będzie.