Są zgliszcza. Rumowisko jest

Z porannej wyprawy na basen pamiętam głównie mężczyzn po sześćdziesiątce, którzy o tej porze wychodzą z domów. Normalnie są niewidzialni, wszyscy w tych samych kamizelkach moro z dużą ilością kieszeni wypchanych masą niezbędnych rzeczy, takich jak klucze, szmaciane chustki do nosa, karty wędkarskie i ostatnie odcinki emerytury. W niedzielę przed dziewiątą rano da się ich jednak dostrzec. Patrzę i myślę, że to ja jestem teraz niewidzialna. To wszystko dzieje się poza mną. Jadę tramwajem i patrzę przez szybę. Są zgliszcza. Rumowisko jest.

Lato w mieście jest już taką oczywistością, że nie wyobrażam sobie, że mogłabym wyjechać gdzieś, gdzie w powietrzu jest nie tylko asfalt, rozbić namiot, wejść do zimnego jeziora, a wieczorem siedzieć przy ognisku, pijąc gorący kubek Knorra. Teraz możliwe jest tylko miasto, upał, śmierdzące autobusy, kawałeczki styropianu z niezliczonych budów przywiewane wiatrem, duchota, wszechobecny zapach ludzkiego potu, zwietrzałych dezodorantów i przypalanego na grillu mięsa.

A po południu, kiedy jadę do kina (sama, poszłam do kina sama) i spotykam tego miłego chłopaka z rannego autobusu, który zawsze poprawiał mi humor, gdy biegł przez skrzyżowanie, a ja obstawiałam, czy zdąży, i zawsze mu się udawało (dopóki nie przestał jeździć tym autobusem). (Zawsze chciałam napisać mu coś miłego na MPK Spotted, ale przecież jestem na to zbyt ironiczna, zbyt zamknięta, zbyt ponad to, dlatego nigdy tego nie zrobiłam). Więc kiedy go spotykam, w niedzielę, w tramwaju, na zupełnie nie tym przystanku, z rodziną (z rodziną!), i jest tak samo miły jak zawsze, albo nawet bardziej, to myślę, że w moim mózgu jest jakieś uszkodzenie, jakaś nieodpowiednia zapadka prowadząca wprost w ślepą uliczkę banału pt. „dlaczego nie mogę być jak inni?”. Chociaż wiem, że to złudzenie i że jestem jak inni. Nikt na mnie nie patrzy. Jadę, wracam, patrzę przez szybę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *