Smutek/ żal

Po tym, jak po raz trzeci usłyszałam w Trójce Common People w wersji live z tegorocznego Open’era i jeszcze do tego obejrzałam zdjęcia z festiwalu, prawie mi się chce płakać, że mnie tam nie było. Za to w przyszłym roku… (ale to już może na Blur).

Mam w planach trochę podróżować pociągami w najbliższym czasie, co zaowocuje zapewne licznymi tekstami, w których będę przezwyciężać swoją udręczoną osobowość, trwając w przekonaniu, że powstanie z tego wielka sztuka. To może być groźne, dlatego już sobie buduję zespół zajadle złośliwych komentatorów, bo nic tak nie broni przed grafomanią, jak zajadle złośliwi komentatorzy. Nie muszą nawet być gejami. Wystarczy, że powiedzą, tak jak niedawno pewien ochroniarz do Świetlickiego – co ten ze smakiem przytacza w przedmowie do swoich Wierszy, wydanych wreszcie chwalebnie przez EMG – „nie znoszę pana, ponieważ pozuje pan na pseudointelektualistę”. Albo jak napiszą – tak jak Pilch o tekście Palę lektury Rudnickiego, że ten „idzie na zupełną łatwiznę. Atakuje mianowicie kanon lektur szkolnych, a czyni to na dodatek z – delikatnie mówiąc – umiarkowanym polotem, zdumiewającym brakiem orientacji i całkowitą – mało spodziewaną u tego, zdawać by się mogło, dobrze wygimnastykowanego językowo pisarza – głuchotą”. Ciekawe, czy mogliby też zrobić ze mną podobnie zły wywiad, jak ten Dunina ze Świetlickim w czerwcowej „Lampie”. Podobnie nieprofesjonalny, nieciekawy, niezredagowany (bo mający chyba pozorować „luźną rozmowę starych przyjaciół przy stocku”) i – jak zwykle w „Lampie” – puszczony z całkowitym zlaniem korekty. Wygląda to źle przede wszystkim na tle niedawnego (sprzed jakichś dwóch miesięcy) wywiadu Sendeckiego zrobionego ze Świetlickim dla „Przekroju”, który był z kolei bardzo dobry. No, ale „Dunio” to chyba jednak odrębna kategoria.

Fajnie za to mówi Świetlicki o tym, jak po wojsku przez rok pracował na wsi pod Lublinem jako wychowawca w świetlicy: „I przez rok przepracowałem, strasznie sfrustrowany byłem i powiedziałem sobie: pierdolę, wracam do Krakowa, zmarnuję się tutaj. W 1987. A jak wróciłem do Krakowa, to był schyłek PRL i było ciekawie”. Swoją drogą duże zdjęcie Świetlickiego z 18-letnim (sic!) synem w „Lampie” jest jakoś podobne do tych przedstawiających Miłosza i jego syna Anthony’ego, zamieszczonych w ostatnim „Dużym Formacie”. I choć Świetlicki zarzeka się, że nie, nigdy, żadnych jubileuszy i obchodów, jestem w stanie sobie wyobrazić, jak za 50 lat robią „Festiwal Świetlickiego”, na którym nie wstają z kolan i nie przestają klaskać. Zresztą znamienne jest już to, że na tegorocznym festiwalu Miłosza we Wrocławiu największą gwiazdą był właśnie Świetlicki.

W „Wyborczej” Michnik dramatycznie jak zwykle woła: „Czesław Miłosz jest największą chlubą, a los, który mu zgotowała Polska opinia publiczna – największą hańbą polskiej kultury” [pisownia oryginalna – wiadomo, jak Michnik pisze „Polska”, to zawsze wielką literą]. Bardzo lubię ten conradowski zaśpiew, z jakim Pan Redaktor używa słowa „hańba”. Ale byłabym mimo wszystko za tym, żeby przestać już klękać.

A dzisiaj w kolejce do kasy na dworcu pan przede mną – wyglądający raczej normalnie, choć z niepokojąco rozbieganym wzrokiem – podczas gdy kasjerka wyszła na chwilę na zaplecze, żeby na jego prośbę sprawdzić połączenia do Nowego Sącza, obrócił się do mnie i powiedział coś, co brzmiało jak: „Sorforkipjułaitin” czy jakoś tak. Hę?! Czyżbym wyglądała na przybysza z zagranicy, zdumionego chaosem panującym na polskiej kolei? Przecież staram się niczemu nie dziwić.

„Lord knows I’ve been trying” (31 dni do OFF-a).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *