Watch out for Gestapo, czyli Open’er 2013

Jeśli w opowieści o oszlifowanej na gładko prowizorycznej poręczy na niemieckim kempingu puenta brzmiała: „Jakie to Heideggerowskie!”, to w przypadku tegorocznego Open’era powinna brzmieć: „Jakie to faszystowskie”. No bo jak inaczej nazwać armię ludzi w odblaskowych kamizelkach, ogłaszających nieustannie przez megafony: „Proszę odsunąć się od jezdni”, „Przesuwamy się sprawnie”, „Pana z otwartą puszką piwa poproszę do mnie”, „Wsiadamy i uśmiechamy się!” itp., trzepiących plecaki przed każdą bramką i zaglądających do otwartych paczek papierosów? Naprawdę dużo mogę znieść, żeby zobaczyć Damona Albarna na żywo, ale mimo wszystko… skala trochę mnie zszokowała. Tę imprezę robią Niemcy, mówię wam.

A poza tym? Skala trochę mnie zszokowała. Niestety okazało się, że dużo z tego, co o Open’erze mówili dobrzy ludzie (że jest zły), się potwierdziło. Przede wszystkim – to wielka impreza. Sama droga od przystanku autobusowego pod bramki i odległości między scenami już wymagają niezłej kondycji (nie mówiąc nawet o spaniu w namiocie). I – co mi chyba najbardziej przeszkadzało – jakby najmniej chodzi w tym wszystkim o muzykę. Publiczność jest mniej więcej w tej samej mierze przypadkowa, co przelansowana (ang. overlansed). I jest jej zdecydowanie za dużo. Nieustające porównywanie gdyńskiego festiwalu do OFF-a też nie pomaga (a porównań nie dało się uniknąć). Jestem daleka od twierdzenia, że u Rojka w Katowicach nie ma lansu, ale – wracamy do punktu wyjścia – to jednak kwestia skali.

No i jeszcze te wszystkie dzieci z gimnazjum rozmawiające po drodze na koncert o swoich ocenach z religii, te wszystkie laski w wyglądających jak wyciągnięte ze śmietnika koszulkach z Zary, które wysokimi głosikami opowiadają sobie o poznanym przed chwilą facecie: „…i okazało się, że on ma żonę, rozumiesz? Ż-o-n-ę!”. Wiem, wiem. Jestem zła i nie lubię ludzi.

Było ciężko. Chociaż kilka dobrych koncertów udało mi się zobaczyć: Blur (którzy moim zdaniem nie odwalali pańszczyzny, choć nie da się ukryć, że zrobili trochę składankę „the best of”), Queens of The Stone Age (a w zasadzie „Queens of The Fucking Stone Age”), zupełnie uroczego Devendrę Banharta (w tym namiocie, słuchając go, przez chwilę poczułam się jak na OFF-ie), nie najgorsze The National.

PS Wiem, że wrzucanie relacji z Open’era po OFF-ie jest, delikatnie mówiąc, trochę bez sensu, ale pomyślałam, że skoro relacji z OFF-a i tak tu nie będzie, to dobre i to. A w świetle ostatnich wydarzeń i faktu, że łapię się na tym, że słucham radia i zaczyna mi się wydawać, że Cień w Dolinie Mgieł to piosenka o mnie, dobrze będzie coś napisać, donieść, że żyję i że nawet jeśli uprawiam kombatanctwo i gieriatrię, to świadomie.

Felieton, który napiszę, jak już dostanę Nike

Maj jest tak bujny i mokry, że aż poczułam potrzebę napisania jakiegoś grafomańskiego felietonu w typie ostatniej twórczości Stasiuka („Tygodnik Powszechny” 2013, nr 21). Mogłoby to lecieć jakoś tak.

Jadę autobusem, jest duszno i wilgotno, bo przed chwilą lunął deszcz, na szybach skrapla się para, ludzie cisną się tak stłoczeni, że nawet na przystankach przez otwarte drzwi do środka nie wpada chłodniejsze powietrze. Rezygnuję z manewrów pozwalających na wydobycie z torby wody mineralnej i empetrójki, w związku z czym jestem zmuszona przystać na wybór kierowcy. „Złote Przeboje”, playlista powstała chyba wtedy, kiedy pracował tam Marek Niedźwiecki: Czerwone Gitary, Enya i Hotel California. Ten człowiek prześladuje mnie przez większość świadomego życia. Pomyślcie, jakiej siły woli było trzeba, żeby wyzwolić się spod tego przemożnego wpływu, wyrzucić zeszycik ze skrzętnie zapisywanymi notowaniami listy przebojów Trójki, olać „Krainę Łagodności”, brackiego z jego The Cure, Depeche Mode, a nawet Dire Straits, i spokojnie zacząć słuchać Nirvany. Swoją drogą, to mi przypomina jedną z moich pierwszych wizyt na placu Grunwaldzkim, jakieś piętnaście lat temu – wtedy była co prawda zima, ale popękany chodnik na drodze do akademików i perspektywa z majaczącymi za lekką mgłą Kredką i Ołówkiem były dokładnie te same. W ogóle mi się wówczas nie podobało to miasto. Właściwie ono mi się nadal niezbyt podoba. Oswoiłam niektóre miejsca, bardzo niewiele, ale kiedy tylko zdarzy mi się poleźć w rejony, gdzie nikt o zdrowych zmysłach nie chodzi nocą, ani nawet za dnia, odczuwam panikę przemieszaną z fascynacją w mniej więcej równych proporcjach.

W autobusie pani 50+ przepycha się obok, kurczowo chwytając się obiema rękami plastikowych rurek i uniemożliwiając mi z kolei złapanie się czegokolwiek. Skąd ta panika? Nie wygląda na niedołężną staruszkę, nie ma nawet siwych włosów, może jakaś trauma z przeszłości? Przystanek Poczta Główna, rozluźnia się trochę, więc siadam na wolnym miejscu, skoro pani 50+ rezygnuje i nadal ściska rurki. Przez chwilę rozważam wyjęcie wody, ale już obok mnie sadowi się pan 50+, a siedzenia okazują się dziwnie wąskie. Kinga Dunin obstaje za tym, że kobiety powinny siadać tak jak mężczyźni, może to wypróbuję? W końcu jestem w spodniach… Zerkam w bok i odpuszczam, robi mi się żal pana 50+ w niebieskich dżinsach i z obowiązkowym siwym wąsem. Wygląda jakby zerwał się właśnie z jakiegoś strajku. Pachnie wypalonymi papierosami i czymś jeszcze, czego nie jestem w stanie nazwać. Środki komunikacji miejskiej zawsze zmuszają do niechcianej bliskości, to jest w nich dużo gorsze od spóźnień i niedziałającej klimatyzacji. Za każdym razem kiedy zdarzy mi się dotknąć jeszcze ciepłej, ogrzanej przez czyjąś rękę poręczy, mam dreszcze. Dojeżdżamy do pętli, pan wysiada, jadę kawałek dalej. Przez szyby autobusu zaczyna przebijać mokra, soczysta zieleń.

PS Ostatnio uwielbiam ten kawałek:

Grabaż. Dekonstrukcja mitu

Zawsze mnie zdumiewało panujące powszechnie – nawet wśród moich ogarniętych znajomych – przekonanie, że Krzysztof Grabowski aka Grabaż jest świetnym tekściarzem. Jak to jest, że kolejna inteligentna osoba, słysząc w radiu „mam kieszenie pełne czereśni”, uśmiecha się z rozmarzeniem i mówi: „Świetny tekst!”? Postanowiłam zgłębić ten fenomen. Posłuchałam, poczytałam i proszę – oto są! Strategie, jakie stosuje poeta Grabowski, i maliny, w jakie nas wpuszcza.

1. Niepokorny chłopiec

Ach, ta punkowa dusza. Nie ma to jak w każdym wywiadzie przyznawać się do fascynacji The Clash i opowiadać o zachłyśnięciu punk rockiem na festiwalu w Jarocinie – słynny cytat z rozmowy z Lizutem: „[…] punkowy zespół SS-20 [wcześniejsza nazwa Dezertera – przyp. mój]. Ten koncert zmienił moje życie. Oni śpiewali właśnie o tym, co chodziło po mojej głowie. Zwariowałem. Rzuciła mnie dziewczyna, a po koncercie spałowała mnie milicja. Ale już wiedziałem, kim chcę być”. Wow. Pozazdrościć samoświadomości.

2. Zaangażowany diagnosta

„Śpiewam już tylko o Polsce i o złej miłości, złe piosenki o złym systemie/ Polska przychodzi do mnie tylko po autograf, dla miłości zaś jestem złudzeniem/ Nigdy nie będziemy jak Bonnie i Clyde – ani orłem, ani reszką/ Będziemy jak ten deszczowy maj, jak ci wszyscy brzydcy ludzie z Tesco”. Jak piszą na stronie Biura Literackiego: „Wydaną w 2010 r. płytę Dodekafonia okrzyknięto rockowym traktatem społeczno-politycznym, a piosenki takie jak Chory na wszystko manifestami rozczarowania rzeczywistością”.

Jak się czujecie, mając swój manifest? Zresztą jak na deklaracje rozczarowania rzeczywistością i niezgody na nią, piosenki Grabaża podejrzanie często goszczą na antenie wielu rozgłośni radiowych. Szczególną karierę zrobił kawałek Żyję w kraju z bezkompromisowym, kontrowersyjnym refrenem „Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja/ za moją kasę” (przy okazji – polecam oficjalny teledysk, zapewne celowo utrzymany w estetyce osiedlowego wideo z wczesnych lat 90.). Postanowiłam przyjrzeć mu się bliżej i sprawdzić, o czym właściwie śpiewa poeta? „Mieszkam w teczce tekturowej/ mole chodzą mi po głowie” – czy tu może chodzić o teczki tajnych współpracowników? Jak wiadomo – bo sam chętnie o tym opowiada – w mrocznych latach 80. Grabaż był kuszony przez tajne służby: „Przyszedł dzielnicowy do chaty, mnie nie było w domu i spytał, czy Krzysztof nie byłby zainteresowany pracą w wiadomych strukturach. Jak wróciłem do domu i moja matka mi to opowiedziała, to powiedziałem, że jeszcze raz go przyjmie, to moja noga więcej tu nie postanie”. Czyżby więc w tekście piosenki przebijała dyskretna nuta kombatanctwa? Na to wskazywałyby dalsze słowa: „Mieszkam w teczce tekturowej/ Jak mnie otworzysz, to się dowiesz jak/ Topi się w wymiotach gorzkie słowo patriota”. Hm, więc sprzeciw wobec lustracji, przy jednoczesnym podkreśleniu, że gdyby mi coś zaproponowali, to moja noga… itd. Odniesienia do bieżących wydarzeń aż nazbyt oczywiste: „Nie otwieram tym baranom nawet po szóstej rano” (CBŚ mówimy nie). „Bywasz piekącym jadem trollów/ Na internetowym forum/ Vivat Polonia frustrata! Vivat Dąs Psychopata!/ Jam nieudacznik grafoman i śmieć/ Tylko ty możesz być bogiem – na wszystkich podnosisz nogę i/ Załatwiasz tę sprawę jak pies”. Wyczuwam lekko protekcjonalny stosunek do internautów. No, ale podobno protekcjonalność to nie pogarda.

3. Chamstwo, wręcz grubiaństwo

Jeszcze jeden wątek, związany z niemiłosiernie eksploatowaną ostatnio w radiu piosenką I can’t get no gratisfaction.  W pewnym sensie rozwija ona motyw internetowych trollów, który pojawiał się już w tekstach Grabaża. Całość napisana jest przeciwko internetowym hejterom, i to jest raczej jasne i nie wymaga tłumaczenia. Można załapać już przy drugim przesłuchaniu. Dlatego skupię się na tym fragmencie, który zdaje się wielu fanom Strachów umyka, a szkoda, bo może jakby się w niego wsłuchali, przewartościowaliby swój stosunek do zespołu. „Wszystko powinno być za darmo/ Książki, teatr i płyty […]/ I niech Judasz Iskariota/ Mieszka odtąd na banknotach/ W sześciopakach/ Ha ha”. Jeśli się nie mylę, Grabaż stosuje tu dosyć czytelną figurę ironii, reprezentując poglądy swoich „fanów” (ujmuję w cudzysłów, bo z tego co mówi w wywiadach, dla niego fani to ci, którzy płyty kupują, a nie ściągają). „Chamskie zwykłe ściąganie muzyki jest dla mnie słabe – oznajmia wokalista Strachów. – Mam wielki szacunek, graniczący z miłością, do ludzi, którzy kupują nasze płyty”. I co? Ciekawa jestem reakcji na te słowa tych 19-latków, którym wydaje się, że Strachy na Lachy to prawdziwy, nieokiełznany punk rock, a Grabaża mają za postać legendarną. Czy zdają sobie sprawę, że ich idol uważa ich za chamów? Teraz poważnie – dla mnie takie podejście niektórych artystów do sprawy jest „kompletnie konkretnie bez sensu”. Gdybyśmy mieli wyrastać tylko na muzyce tych wykonawców, na których płyty było nas stać, bylibyśmy dzisiaj muzycznymi analfabetami. Kaman! Trochę realizmu, trochę mniej frustracji. A może to Grabaż ma za duże ciśnienie na kasę, za dużo gra koncertów, za dużo czyta o sobie w Internecie i to wszystko ryje mu beret? Może kocyk jest za śliski?

4. Pan Poeta

Wiadomo, „nie samą fantastyką człowiek żyje, czytam też np. poezję. Właśnie wyszły Wiersze Krzysztofa Grabowskiego”. Brzmi trochę jak znana reklama „Teletygodnia”, w której Adam Małysz radośnie oznajmiał: „I poczytać co jest!”. Tymczasem to autentyczna historia, znaleziona na jakimś blogu.

Pierwszą książkę z tekstami wydał Grabaż już w 1994 r. u Dunina, później wyszło wznowienie, w 2008 r. właśnie wspomniane Wiersze. A w tym roku, w zasadzie przed paroma dniami, Na skrzyżowaniu słów, wybór 33 piosenek wydało – o zgrozo! – Biuro Literackie. Obrazu rozpaczy dopełnia fakt, że – jak podejrzewam – we wszystkich tych książkach mamy w większości te same, „najsłynniejsze” teksty. A Grabaż ze swoimi Strachami wystąpi nawet w tym roku na Porcie Literackim. No i co, robaczki? Napisać 30 tekstów, które będą przedrukowywane i wznawiane co kilka lat, to nie lada sztuka. Trzeba być prawdziwym poetą. Albo wyczuć dramatyczną sytuację na polskim rynku wydawniczym – zwł. jeśli chodzi o wydawanie czegoś tak niepopularnego, jak poezja. Grabaż sprzedaje swoje naiwne historyjki jako wiersze, słuchacze i czytelnicy czują się „uwzniośleni”, a wydawcy kasują pieniążki. Hell, yeah!

I jeszcze słówko od samego Grabaża (z wypowiedzi o najnowszej płycie !TO!): „Nie ma w nich wiele poezji, są to tylko zwykłe teksty piosenek. Chciałem napisać taką płytę – nie napinałem się, żeby pisać poezję. Chociaż kilku gości, którzy słyszeli tę płytę, mówi, że to wciąż poezja jest”.

Źródła:

M. Lizut, Punk Rock Later, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2003
http://www.zw.com.pl/artykul/526115.html

http://www.biuroliterackie.pl/biuro/biuro?site=1A0&news_ID=2013-03-14

Fasadowość

Dzisiaj dostałam kolokwium do napisania. Razem z jakimiś kilkudziesięcioma innymi osobami z roku. Pani przygotowała trzy pytania o charakterze ogólnym. Dla pewności i spokoju dydaktycznego sumienia podzieliła nas na grupy, żeby uniemożliwić odpisywanie. Dobrze. Inaczej z pewnością miałabym pokusę, by ściągnąć od koleżanki z lewej odpowiedź na pytanie: czy dostrzegasz związki pomiędzy tematem swojej pracy doktorskiej a wykładem?

Męczy mnie fasadowość projektu pod tytułem „mój doktorat”.

W duchu pogodnego nihilizmu

Czytam nowojorczyków i słucham tych wszystkich Kings of Leon, Queens of The Stone Age, nawet Lanę Del Rey i Foster The People sobie puszczam od czasu do czasu. Ach, ci Amerykanie. Do tego przeczytałam kilka recenzji nowego spektaklu mojego ulubionego dramaturgicznego duetu, którego kolejnym produkcjom przyglądam się z żywym zainteresowaniem nie tylko dlatego, że wystawiają je głównie we Wrocławiu – i spieszę donieść, że nawet recenzent „Gazety Wyborczej” (!) uznał Courtney Love za porażkę. Niestety, chwilowo nie będę miała okazji się o tym przekonać, bo biletów brak. Jednak wszyscy piszący o sztuce podejrzanie często używają słów: „brawurowa”, „wyrazista”, „bezkompromisowa”, „gorąca”, co w zestawieniu z faktem, że rzecz trwa prawie cztery godziny, wydaje się co najmniej nieporozumieniem. I zaostrza apetyt.

„Agnieszka Kwietniewska jest tu Tracy Marander, dziewczyną Cobaina z czasów sprzed Courtney, a jednocześnie współczesną, pogrążoną w depresji kobietą z klasy średniej i w już średnim wieku, która bezsenne noce spędza z butelką wina przy YouTubie. W kółko odtwarza piosenki z lat młodości. Razem z mężem – informatykiem z korporacji (Adam Cywka) – błądzą między scenami festiwalu Open’er, chcąc jeszcze raz przeżyć muzyczne uniesienia, a znajdują bezosobowy tłum, komercję i kiełbaski z grilla” (W. Mrozek). Hell, yeah! (A smaczku dodaje fakt, że spektakl ma być pokazywany właśnie na tegorocznym Open’erze). W połączeniu z tym, że Strzępka oznajmiła w jednym z wywiadów, że jest to tak naprawdę opowieść o jej związku z Demirskim (dla niewtajemniczonych – on jest w tym układzie wybitnym dramaturgiem, a ona – durną cipą, która uparła się, żeby zniszczyć mu życie), potencjalna ilość elementów tego przedstawienia, po których będę mogła się przejechać jak po lodowisku, jest bliska nieskończoności.

I kiedy słyszę, jak Max Cegielski w radiu opowiada, jak bezlitosny obraz współczesnych dwudziesto- i trzydziestolatków dają po raz kolejny Strzępka i Demirski, i jak mówi, że „no, w ogóle – ta sztuka jest o mnie”, czuję się lekko zażenowana. (Choć nigdy nie spodziewałam się niczego przesadnie sensownego po kimś, kto używa imienia Max). Uczucie to można by porównać z tym, którego doświadczam dzisiaj, przeglądając wiersze O’Hary w antologii Sommera i przypominając sobie kontrowersyjne tezy, jakie z beztroską impertynencją stawiałam w swojej pracy magisterskiej. Cóż. Wypada teraz przyznać rację Krzysiowi Koehlerowi i posypać głowę popiołem, powtarzając, że o’haryzm jednak istniał. I nie był w końcu wcale taki najgorszy.

[…] jak myślisz gdzie
dotarłem? przedstawienie jakie daje dorosły mężczyzna
ubierający
choinkę budzi mój niesmak właśnie
tu
to jedno z miejsc jednakleczjakcóż
rad jestem że wczoraj wieczór poszedłem na przyjęcie na cześć
Eda Dorna chociaż on sam się nie pokazał czy nie uważasz,
Bill, że można by się także pozbyć choć, i także?
możliwe że
jedynym wyjściem jest twoja literackość uznać
maszynę do pisania za narząd intymny dlaczego nie?
żadna inna rzecz nie jest (intymna)

nie nie chcę żebyś
„wpadała” na kolację ani sam nie chcę „wypadać”
chcę resztę życia jeść samotnie

(F. O’Hara, Esej o stylu, 19.02.1961)

Kora & Gwóźdź

W Alt Cosel leje. Zbieramy zimne i mokre liście z kamyczków, którymi wysypane są groby od zawsze bez pomników. Wyrywamy mlecze. Wszystko karkołomnie, bo z parasolami, z wodą lejącą się z kapturów w kołnierze puchowych kurtek, które natychmiast nią nasiąkają, mimo że powinna po nich spływać. Nadchodzi dziadek z dawno niewidzianym kuzynem (przerzedziły mu się włosy i jakby spuchł), zaczyna wszystkich ustawiać do pionu. Przyniósł kwiatki (sztuczne) i usiłuje wcisnąć je do wąskich plastikowych rurek, które potem wbija między kamyczki. Dziwne ustrojstwo sprawia kłopoty, bo jest szersze niż plastikowa łodyżka bukietu – więc dziadek wyciąga z kieszeni starą, wielką chustkę do nosa w kratę, rwie ją na wąskie paski i owija nimi łodygi plastikowych kwiatów, upychając ponownie w rurki. Ojciec pyta kuzyna, czy ma przy sobie nóż (uparty mlecz nie chce wyjść, po kilku pociągnięciach za mokre liście w ziemi wyścielającej grób nadal tkwi korzeń), kuzyn z uśmiechem zaskoczenia kręci przecząco głową, co naraża go na pogardliwe prychnięcie ojca. Nóż z kieszeni wyciąga dziadek, pojedynek z mleczem kończy się wreszcie sukcesem, ale dziadek, próbując przestawić wielki znicz-lampion, tłucze go. Zbieramy szkło i kawałki plastikowego czubka, przy wtórze kilku ostrzegawczych: „Tylko się nie skalecz, uważaj, nie skalecz się”, oczywiście kończy się na przeciętej skórze kciuka, na szczęście krwi nie widać na palcu pobrudzonym ziemią. Ojciec z dziadkiem powtarzają te same co roku narzekania na to, że nikt nie dba o groby. „No ale jak my mamy zadbać, jak nas tu nie ma”. Chociaż tu są. Rytualne, coroczne upewnianie się w poczuciu winy, że nasze groby rozpadają się i nikną przy innych, bogato ozdobionych, zadbanych, z marmurowymi pomnikami i złoconymi literami.

Wsiadamy do samochodu i jedziemy dalej, na kolejny cmentarz. Przed wjazdem kolega z podstawówki w przebraniu policjanta tłumaczy nam, jak najłatwiej wyjechać i gdzie zaparkować. Rodzice nie mogą znaleźć grobu wujka, prowadzę. Mocno zdziwieni, że grobu nie ma tam, gdzie im się wydawało, że powinien być. Na grobie wujka, dla odmiany z nowym, drogim pomnikiem, wciąż ten sam upiorny wierszyk: „Jak ciężko nam z tym żyć,/ że serce twe przestało bić”. Przestaje padać, tylko z drzew lecą grube krople.

Jedziemy do dziadka, bo po drodze (choć kuzyn też zapraszał do siebie, ale dziś nie damy rady, innym razem). Babcia każe mi się przesiąść na krzesło obok niej, żeby mnie lepiej widzieć („Z twarzy dobrze, tylko troszku za chuda” – mówi do mamy). Wspomina, jak kiedyś (przed wojną) w miejscu, gdzie dziś stoją największe zakłady przemysłowe w mieście, chodziła do lasu na jagody (żeby móc spokojnie zbierać, trzeba było wcześniej zapłacić pewną sumę, inaczej trzeba się było kryć przed patrolami na motorach). Dziadek pyta, ile płacimy za prąd i wodę, a ile za mieszkanie, ale nie bardzo słucha odpowiedzi, tylko opowiada, jak wszyscy sąsiedzi kradną prąd. „Koszą trawę, a kabel od kosiarki wychodzi z piwnicy”. „Przecież za prąd z piwnicy też musicie płacić”. „Nie, za to nikt nie płaci, piwnica to państwowe”. Babcia recytuje mi wierszyk o wieżach kościoła, które mnie wołają. A potem mówi, że chciałaby wiedzieć kiedy umrze, żeby się przygotować. Dziadek zaczyna jej udowadniać, że to bez sensu. Wyciąga nalewkę, która smakuje trochę jak becherovka, choć on nazywa ją winem. W rozmowę wkrada się chaos, zaczynają się przekrzykiwania, robię ruch jakbym chciała wstać z krzesła, co oznacza, że jeszcze jakieś 20 minut i będziemy mogli wyjść. Jestem dzielna.

Na obiad jemy kluski i ziemniaki z tłuszczem i gotowaną kapustą. Umawiamy się na wieczór ze znajomymi. Zaczyna się jak klasyczne spotkanie rzutkich, młodych przedsiębiorców – rozmowami o firmach (przy czym A. już na wejściu pyta, czy wiemy, co się stało z M., bo jej się niedawno śniła). Interesy jakoś idą, mimo że dostawcy nawalają, klienci chcą nas orżnąć na kasę, a w pracy spędzamy po 12 godzin dziennie. Między wierszami wspominam, że myślałam o tym, żeby zacząć chodzić na jogę. P., trzydziestoparoletni właściciel hurtowni i sklepu, mający za sobą również niezbyt udany romans z lokalną polityką, z właściwym sobie niezawodnym przekonaniem o własnej słuszności podszytym lekko psychodelicznym uśmiechem, stwierdza, że „joga otwiera cię na zło”. „Tak mówią tylko katolicy” – mruczę pod nosem. „Ja jestem katolikiem”. I zaraz, na tym samym oddechu, zaczyna opowiadać, że uczy się jeździć konno i ma 22-letnią instruktorkę, dzięki której po kilku miesiącach lekcji zaczyna galopować. Kontrę wyprowadza J., opowiadając, jak bardzo dość ma pracy na etacie i jak mocno przygnębia go fakt posiadania firmowej karty umożliwiającej darmowe przejazdy autostradą. A. z uporem maniaka wraca do pytania o starą, milion lat niewidzianą koleżankę z podstawówki („Wiecie może, co się z nią stało? Żyje? Śniła mi się ostatnio”, niestety, nikt nic nie wie). K. przypomina sobie o koledze z klasy, który się powiesił, i nagle wszyscy zaczynają wspominać równolatków, którzy już nie żyją. Robi się ponuro i mówię, żeby nie zamulali, że my jesteśmy przecież żywi, ale patrzą na mnie tylko z przygnębieniem i przyganą. I tak jest już do końca: rodzinne konflikty, wypadki, choroby i śmierci, odklejone wspomnienia z podstawówki i ogólniaka, mgliste plany na sylwestra („Chodźmy na prawdziwy bal”) i wspólne wypady, do których nigdy nie dojdzie (plus pełniące rolę refrenu pytanie „Co się stało z M.?”). Nie poddaję się, nucę sobie Blur i jeszcze mi się wydaje, że listopad mnie nie dotyczy. Wracamy, mijając zakład pogrzebowy „Kora & Gwóźdź”. Na podświetlonej tablicy widnieje nazwa wypisana gotycką czcionką. Uświadamiam sobie, że za rok chcę świętować Halloween.

Manieryczny przegląd prasy

Masłowska w „Zwierciadle”: „Znacie piosenkę: I Put My Ketchup on My Ketchup? Przypomniała mi się ona ostatnio w miejscowości Provincetown na Cape Cod, gdy na restauracyjnym stole zobaczyłam szklistą rozetę z ostryg, pośrodku której tkwił charakterystyczny plastikowy bidecik z czerwoną substancją o smaku pomidorowym. I zrozumiałam nagle, że utwór ten jest najlepszą, najbardziej skondensowaną i efektywną charakterystyką kulinarnego american dream, jaka padła z ludzkich ust. No, może jeszcze poza kilkoma innymi piosenkami. Mam tu na myśli: I Put My Fries on My Fries i My Burgers on My Burgers oraz I Put My Bacon on My Bacon i I Put My Fries on My Burgers on my Bacon, a zwłaszcza I Put My Everything on My Everything i kilka innych piosenek, których tu nie przytaczam jedynie dlatego, że nie istnieją”.

Pilch w „Tygodniku Powszechnym”: „Ile debiutanckich błędów strzeliłeś, pisząc o chorobie śmiertelnej? Miałeś prawo? Wpadłeś w euforię? Na Boga! Chyba nie okazałeś się infantylnym dupkiem, który męczeństwa zazdrości? A jak się okazałeś, to przynajmniej się – na rany Chrystusa! – do tego nie przyznałeś! Zazdrościłeś podrzynającemu sobie gardło Witkacemu? W pewnym sensie? W pewnym sensie, ale zawsze! Zawsze i nie tylko jemu! Zawsze zazdrościłeś malowniczych suchot Uniłowskiemu! Odstrzelony wierzch czaszki Baczyńskiego? Zazdrościłeś? Dawno? Dawno, ale jak! Nie tylko chciałeś w powstaniu zginąć! Chciałeś – mały bezwstydniku – żeby o twoich wierszach młody Wyka pisał! A obozu koncentracyjnego Borowskiemu? Zazdrościłeś jak szalony! I wreszcie się spełniło! Wreszcie jest jak w bolszewickiej alegorii, wreszcie chory na suchoty z odstrzelonym wierzchem czaszki siedzisz w obozie i niespiesznie dzień po dniu podrzynasz sobie gardło”.

Varga w „Dużym Formacie”: „To, że nasze losy są w większej może nawet mierze groteskowe niż tragiczne, to w groteskowy sposób ich nie można opisywać? A jeśli nawet są bardziej tragiczne, to jedynie w tragiczny sposób o nich pisać? Czy o rzeczach groteskowych jedynie w tragiczny sposób pisać? Pisze Horubała, że nawet rozpacz u Pilcha za mało rozpaczliwa, za bardzo ironiczna, za płaska ta rozpacz, za nudna. Niech Horubała machnie więc coś rozpaczliwego o rozpaczy, przeczytam, przysięgam. Polska prawica nieustannie pławi się w rozpaczy, rozpacz jest dla naszej prawicy rzeczą najbardziej powabną. Stanem najbardziej pożądanym. Płaczliwość polskiej prawicy to jest wielki temat na groteskową i kpiarską powieść”.

Rudnicki w „Wyborczej”: „Co dalej? Zaprasza się mnie do Pałacu na spotkanie z premierem oraz parą prezydencką. Chwali się mnie, kadzi się mi, za speech na lotnisku. Po części oficjalnej stoimy sobie w trójkę na balkonie i palimy. Premier Tusk proponuje mi posadę ghost writera, prezydent Komorowski mówi, że drzwi Belwederu stoją dla mnie zawsze otworem. Żegnamy się wylewnie, po czym udaję się na Kongres Kobiet do Pałacu Kultury. Gdzie biorę udział w »Pokazie mody 40+«, po czym wygłaszam zdanie, że chciałbym umrzeć w takiej Polsce, w której Kongres Kobiet straciłby swoją zasadność. Nabijam sobie kieszenie hucznymi brawami, po czym udaję się do Starej Pomarańczarni w Łazienkach na Salon Poezji […]. Jego żona, stara moja przyjaciółka, aktorka Ewa Telega wita gości, wśród których są wszyscy i ja. Bajon i Wojewódzki wnoszą mnie po schodach, do połowy, dalej nie dają rady, pomagają Olbrychski i Nowicki, ale drogę tarasuje Radziwiłowicz, jak zawsze skupiony tak, że zapukać do niego trzeba, aby na chwilę choć uchylił drzwi do swego wnętrza”.

A żeby być w zgodzie z własną manierą, powinnam tu gdzieniegdzie pododawać w nawiasach jakieś fragmenty tekstów Blur, Radiohead i Flaming Lips w oryginalnej wersji językowej. Na przykład tak: wczoraj, jak szłam na pocztę, żeby spędzić tam jakieś parę lat świetlnych, pomyślałam, że w zasadzie nawet trochę lubię to osiedle (and when it comes you’ll feel the weight of it).

http://www.youtube.com/watch?v=otzdBww47XQ

Rytuały życia codziennego (gwałty, morderstwa, zdrady)*

Down is the new up, jak naucza ludowa mądrość i Thom Yorke. Tylko dlaczego „new” musi się zawsze zaczynać od „down”? Dlaczego nie mogę być jak Kim Gordon i cedzić przez zęby do staruszek w tramwaju: „Don’t fuck with me”? Swoją drogą, Off coraz bliżej. Można czekać i przeżywać, że Iggy Pop, Thurston Moore i – mam nadzieję – epokowy, ostatni występ Świetlików.

Tutaj, w tym nowym miejscu, kiedy idę rano do pracy i słyszę nawoływania robotników z okolicznych budów (które są jednak jakimś substytutem śpiewu ptaków), czuję się prawie jak postać z jakiegoś filmu, nie, raczej z kreskówki. Ktoś tam stoi za węgłem (a ramiona dźwigów tak pięknie wyglądają na tle jasnego nieba) i kręci, rechocząc od czasu do czasu. Eksploracyjne wycieczki po okolicy napawają mnie smutkiem, który sprawia, że mam ochotę powtarzać w myślach: „After years of waiting nothing came”. Na szczęście nie mam czasu na jakieś bzdury.

Kibice bratniej Wisły dotarli nawet tutaj, na południowe rubieże, zostawiając ślad białej gwiazdy. A w parku jest ścieżka, którą przez tory i specjalnie w tym celu pozostawioną dziurę w płocie można przejść prosto na Partynice. Sentymentalizm to zaraza. Z okien można obserwować życie sąsiadów, prawie jak w Krótkim filmie o miłości, tylko bardziej. Wróciłam do pomysłu uczenia się wierszy na pamięć i co rano pod prysznicem usiłuję sobie przypomnieć, co było po: „Bohaterowie siedzieli w więzieniach, a robotnik jest brzydki, ale wzruszająco użyteczny – w poezji niewolników”. Nic nie przygnębia mnie bardziej niż sobotnie zakupy w hipermarkecie. Czytam Bestiarium Różyckiego na przemian z Dziennikiem Pilcha, ale ostatnie próby teoretyzowania na temat pracy krytyków literackich trochę mnie zblokowały, więc raczej niczego o tym nie napiszę. Choć może fajnie byłoby zestawić ze sobą ich poczucie humoru. Mam teraz egzamin z przedmiotu, który usiłuje wyjaśniać dyskurs medialny za pomocą pojęć „heterogeniczny” oraz „konwergencja”, co wydaje mi się hochsztaplerstwem. Wakacje chyba spędzę tutaj, czytając. To nie taka zła perspektywa. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co u mnie, zaglądajcie tu – tak jest prościej i szybciej, jak nauczają specjaliści od blogów (ponieważ „blog to przykład konwergencji dyskursu medialnego”).

*Jeden z typów newsów w tabloidach (występuje obok takich kategorii, jak: szczególnie wartościowe – elity, celebryci; katastrofy; niebezpieczeństwa zagrażające społeczeństwu).